Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia

"Spektrum" Martyna Raduchowska - recenzja

"Spektrum" Martyna Raduchowska - recenzja
Tytuł: "Spektrum"

Autor: Martyna Raduchowska
Gatunek: science fiction
Liczba stron: 414
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Czarne Światła, tom 2 


„Spektrum” jest drugą częścią serii „Czarne Światła” Martyny Raduchowskiej. 

Gdy wzięłam książkę w ręce, spodziewałam się po prostu dalszej historii i kontynuacji wydarzeń z części pierwszej. Zaskoczyło mnie to, że autorka tym razem zdecydowała się na inny zabieg – opowieść zaczyna się mniej więcej wtedy, co w "Łzach Mai". Jednak tym razem nie towarzyszymy Jaredowi Quinnowi, tylko samej Mai. 

Podczas gdy Jared kuruje się w komorze regeneracyjnej po wydarzeniach z Dnia Buntu, Maya walczy o przetrwanie. Jest inna od reszty replikantów, bardziej świadoma siebie i swego istnienia, a to zagraża jej życiu. Najpierw z New Horizon, a potem po drugiej stronie muru stara się odkryć, kim naprawdę jest. 

W poprzedniej części Mai było bardzo mało, za to dużo Jareda. Tutaj jest dokładnie na odwrót. W dodatku autorka zdecydowała się na pierwszoosobową narrację, wcielając się w replikantkę. Raduchowska podjęła się trudnego zadania. Opisała myśli bezuczuciowego androida, kierującego się wyłącznie zaprogramowanymi podpowiedziami komputera, który powoli zaczyna odkrywać siebie, swoje istnienie i staje się świadomą osobą z budzącymi się uczuciami. Według mnie autorka poradziła sobie z takim wyzwaniem bardzo dobrze. 

Jak już wspomniałam, książka nie jest normalną kontynuacją. Dzięki temu, że tym razem spoglądamy na świat ze strony Mai, mamy inny pogląd na wydarzenia. Znamy już wersje obu stron, na Maję zaczynamy patrzeć inaczej, znając jej zamiary i myśli. Wiele wątków zostaje również wyjaśnionych. 


Mimo wszystko, historia nie została jeszcze zakończona. Z niecierpliwością czekam na kontynuację. Jestem ciekawa, jak dalej autorka będzie opowiadać historię – czy będzie ona prowadzona ze strony Jareda, czy może Mai? Czy może każdego będzie po trochu? Pozostaje tylko czekać. 

Julia





12 listopada

"Łzy Mai" Martyna Raduchowska - recenzja

"Łzy Mai" Martyna Raduchowska - recenzja
Tytuł: "Łzy Mai"

Autor: Martyna Raduchowska
Gatunek: science fiction
Liczba stron: 414
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Czarne Światła, tom 1 


"Łzy Mai" zostały napisane przez polską pisarkę fantasy i science fiction – Martynę Raduchowską. Jest to pierwsza część cyklu "Czarne Światła. Pierwsze wydanie (wydane jako "Czarne Światła. Łzy Mai") zdobyło nagrodę Kwazar, którą przyznaje się polskojęzycznym powieściom napisanym w konwencji fantastyki. Ocenie podlega tutaj wątek naukowy w rozumieniu "science".

W latach 30. XXI wieku technologia jest na naprawdę wysokim poziomie. Powstają androidy – maszyny, których praktycznie nie można odróżnić od człowieka. Jedyne co ich różni, to brak uczuć (które jednak potrafią wyśmienicie udawać) oraz niemożność kłamania. Są istotami, które chcą jak najbardziej upodobnić się do ludzi. Brakuje im tylko możliwości odczuwania emocji. A mogą to osiągnąć dzięki reinforsynie – zakazanemu lekowi, który ludziom dawał geniusz, jednakże miał on fatalne skutki uboczne, dla androidów był natomiast całkowicie bezpieczny i mógł spełnić ich marzenie. 

Główny bohater książki, Jared Quinn, jest porucznikiem wydziału zabójstw w New Horizon. Pracował razem ze swoją replikantką – tytułową Mayą. Jednak po wydarzeniach z początku książki, w wyniku traumy i zespołu stresu pourazowego, przestał jej ufać. Nie tylko jej. Całej technologii. Za cel postawił sobie własnoręczne uśmiercenie swojego androida, który jednak zniknął. W dodatku ma do rozwiązania niecodzienne morderstwa, których sprawcę upatruje w samym sobie...

Książka ma dużo wspólnego z cyberpunkiem. Wykreowany świat nie jest przyjazny, widać wyraźną różnicę pomiędzy biedną częścią społeczeństwa a bogatą. Spotkamy tutaj różnorakie metody ulepszeń swego ciała, od wczepu umożliwiającego widzenie w ciemności po asystenta rozmowy. 

Miasto New Horizon podzielone zostało na dwie części – tę dobrą, przyjazną i bogatą, oraz, po drugiej stronie pilnie strzeżonego muru – część bez żadnych praw, z reinforsyną, czującymi androidami i oszalałymi ludźmi. 

To prawdziwa gratka dla ludzi lubiących science fiction. Praktycznie wszystko jest opisane, jak co działa, do czego służy. Dzięki temu można uwierzyć w ten świat, jakby on istniał naprawdę. 

Książka dosadnie pokazuje wszechobecny rasizm w mieście New Horizon. Androidy są traktowane jak podludzie, mimo że są prawie idealnymi kopiami człowieka. Za swoje przewinienia są karane dużo surowiej, a wyroki „dezaktywacji” stały się powszechnym zjawiskiem na ulicach miasta. 

Historia skłania do przemyśleń na temat nowych problemów ludzkości spowodowanych rozwojem technologii. Nie chodzi tu o aspekty ekologiczne, tylko o te moralne. Dla przykładu, czy androidy powinny być traktowane jak ludzie? Autorka wspomina także, że w jej świecie wszystko można ulepszyć wszczepami, wystarczy jedynie odpowiednia suma pieniędzy. Dzięki temu książka staje się mądrą opowieścią o tym, jak może potoczyć się nasza przyszłość. 

Książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Często zaskakuje nas nagłymi zwrotami akcji, a niektóre sprawy okazują się wyglądać inaczej, niż myśleliśmy. Spowodowane jest to metodą narracji, którą zastosowała autorka – trzecioosobowa opowieść skupiająca się praktycznie tylko na Jaredzie, z jego przemyśleniami i wnioskami. Często, nacechowane emocjami, mogą okazać się błędne lub nie do końca prawdziwe. 

Dawno nie czytałam tak wciągającej opowieści jak "Łzy Mai". Historia trzyma w napięciu, a przez ciągłą akcję nie ma miejsca na nudę. Powinna to być pozycja obowiązkowa dla każdego fana science fiction. Osobom niekoniecznie zaznajomionym z tym gatunkiem również powinna przypaść do gustu, bo wszystko jest tutaj wytłumaczone i opisane. Fani kryminałów także znajdą coś dla siebie. Z niecierpliwością czekam, aż zacznę czytać kolejny tom.

Julia


24 października

"Dziesięć tysięcy słońc nad tobą" Claudia Gray - recenzja

"Dziesięć tysięcy słońc nad tobą" Claudia Gray - recenzja
Tytuł: "Dziesięć tysięcy słońc nad tobą"
Autor: Claudia Gray
Gatunek: science fiction
Liczba stron: 430
Wydawnictwo: Jaguar
Seria: Trylogia Firebirda, tom 2


Nie sądziłam, że drugi tom trylogii będzie równie ciekawy, jak pierwszy. Ile można mieć pomysłów, aby zadowolić czytelników?? Główna bohaterka Marquerite postanawia podjąć niezwykle niebezpieczną podróż, w inny wymiar, inny czas za pomocą Firebirda - wynalazku jej rodziców - by odnaleźć swojego ukochanego. Paul Markow postanowił samotnie udać się do innego wymiaru, aby ratować przyjaciela Theo i znaleźć dla niego lekarstwo, bez którego umrze. 

Wyprawa Paula skończyła się dla niego źle, ponieważ Wyatt Conley, aby pozyskać naszą bohaterkę do współpracy, rozszczepia duszę Paula na cztery kawałki, a każdy z nich znajduje się w innym świecie, innym wymiarze. Czy uda jej się poskładać te kawałki w jedną całość? Tyle przed nią wyzwań. Czy dokona rzeczy prawie niemożliwej?? Przygody w różnych światach ma naprawdę niesamowite. Wojna, porachunki mafijne, walka o władzę, bezwzględność, morderstwa. No i miłość, ta powoduje, że nasza bohaterka pokonuje kolejne przeszkody. Czasem jest bardzo niebezpiecznie, jednak nie rezygnuje ze względu na ukochanego.

Tak całkiem nie oszalałam na punkcie tej książki, ale zdarzało mi się czytać do późnych godzin nocnych, bo byłam ciekawa, co w kolejnym rozdziale zafunduje nam nasza Marquerite? Kim tym razem się okaże, w jakim czasie się znajdzie?

Ostatnie strony nie dały ostatecznej odpowiedzi, lecz zapowiedź kolejnych, pewnie równie niesamowitych, przygód. 

"Milion światów z Tobą" to ostatni tom trylogii, a ja mam nadzieję na dalsze wędrówki dzięki Firebirdowi.

Marta


24 października

"Tysiąc odłamków ciebie" Claudia Gray - recenzja

"Tysiąc odłamków ciebie" Claudia Gray - recenzja
Tytuł: "Tysiąc odłamków ciebie"
Autor: Claudia Gray
Gatunek: science fiction
Liczba stron: 351
Wydawnictwo: Jaguar
Seria: Trylogia Firebird, tom 1


Nie byłam do końca przekonana, że chcę tę książkę przeczytać. Zapowiedź z jednej strony mnie zachęciła, ale z drugiej wystraszyła. Nie przepadam za literaturą science fiction, a tu jakieś podróże międzywymiarowe, inne światy, Firebird, który sprawia, że można przenieść się w inny wymiar... Ale pomyślałam sobie, że może czas na jakieś nowe doznania, ciekawa fabuła, nowe pomysły. Ja, dość wytrawna czytelniczka różnych literatur, do tej pory unikająca fantastyki, dałam się skusić. Przesądziła ostatecznie świetna okładka i stało się. 

Książka od pierwszych stron zaciekawia. Główna bohaterka, Marquerita Caine, to córka naukowców - fizyków, którzy pracują nad tajemniczym przedmiotem, Firebirdem, pozwalającym podróżować nie tyle w przeszłość lub przyszłość, ale w inną rzeczywistość, w inny świat, w inną wersję swojej osoby. 

Właśnie w taką dziwną podróż wyrusza Marquerita, której ojciec zostaje zamordowany. Podejrzenie pada na młodego asystenta, Paula Markowa, który wykorzystując Firebirda przenosi się do innego wymiaru. Zemsta, zabicie Markowa, to cel naszej bohaterki. Pomaga jej w tym drugi asystent, Theo. 

Przenosimy się razem z nimi do Londynu, Moskwy carów i świata podwodnego. W każdym z tych wymiarów Marquerita musi poznać realia, rodzinę, tamtą rzeczywistość. Co ciekawe, cały czas zachowuje doskonałą pamięć, wie dlaczego tak się dzieje i jak to się stało. 

Czy jej się uda, czy podejrzenia okazały się słuszne?? Czy mordercą jest Paul?

Również istotny jest wątek miłosny, więc mamy romans z elementami fantastyki. 

Pomimo obaw książka spełniła moje oczekiwania. Polecam, a sama zabieram się za kolejny tom trylogii.

Marta


22 czerwca

"Czerwień rubinu" Kerstin Gier - recenzja

"Czerwień rubinu" Kerstin Gier - recenzja
Tytuł: "Czerwień rubinu"
Autor: Kerstin Gier
Gatunek: literatura młodzieżowa, science-fiction
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cykl: Trylogia czasu, tom 1


"Czerwień rubinu" to pierwszy z trzech tomów, opowiadających o przygodach Gwendolyn, która wiedzie zwyczajne życie nastolatki. Jej kuzynka, Charlotta, od urodzenia niemal jest przygotowywana do trudnego zadania, które ma jej umożliwić specjalny gen. Pytanie jednak brzmi, czy to na pewno ona go posiada? Fakt wieloletnich ćwiczeń i przygotowań do umiejętności odnalezienia się w innych czasach nie gwarantuje tego wcale. Gwen zaś cieszy się bardzo, że to nie ona musi się tego wszystkiego uczyć... do czasu. 

Rzecz jasna, nie obyło się bez postaci męskiej, a właściwie chłopięcej. Gideon to wprawdzie przystojniak, ale brakuje mu trochę kultury. Kiedy dowiaduje się, że to nie Charlotta będzie z nim podróżować w czasie, traktuje Gwen jak głupiutką gąskę i wścieka się na zaistniałą sytuację. W końcu zadanie, które mają wykonać w przeszłości, wcale nie należy do łatwych. Wędrówki są niebezpieczne i wymagają ogromnej wiedzy, której Gwen, niestety, nie posiada. Co takiego muszą zrobić Gwendolyn i Gideon w przeszłości? Kogo muszą odnaleźć i co mu zabrać? Przeczytajcie, a dowiecie się tego na pewno. Gwarantuję wypieki na twarzy i nieustający dreszcz emocji podczas lektury. I radzę, zaopatrzcie się od razu we wszystkie trzy tomy, bo zakończenie sprawia, że chce się od razu sięgnąć po drugą część i pochłonąć ją jak najszybciej. 

Wszystkie postacie w książce mi się podobały. Myślę, że to dlatego, że nie są nijakie, lecz wyraziste i dopracowane. Autorka dołożyła starań, by nawet dialogi pasowały klimatem i słownictwem do czasów, w których znaleźli się nasi podróżnicy w czasie.

Nowe wydanie może pochwalić się ciekawą okładką, chociaż mnie chyba podobała się poprzednia wersja. Jednak ta również jest przyjemna, trochę przypomina mi trylogię Silver, z tego samego wydawnictwa. 
Polecam bez zastanowienia!

Zoja


07 marca

"Przygody w świecie Minecrafta. Dzień Creeperów" S. D. Stuart - recenzja

"Przygody w świecie Minecrafta. Dzień Creeperów" S. D. Stuart - recenzja
Tytuł: "Przygody w świecie Minecrafta. Dzień Creeperów"
Autor: S. D. Stuart

Gatunek: fantastyka, science-fiction
Liczba stron: 82
Wydawnictwo: ARKADY


Wśród książek znajdujących się na bibliotecznym Facebooku moją uwagę przyciągnęły od razu dwa tomy o tytule “Minecraft przygody”. Jak wiadomo, Minecraft był bardzo popularną grą, a jego lata świetności przypadły na okres od 2010 do… 2014. Potem pojawiła się gra Five Nights at Freddy’s, na podstawie której również napisano książkę, “Silver Eyes”, zgodnie z amerykańskim pochodzeniem założyciela tej gry - po angielsku. Niestety, ta nie zostałą przetłumaczona na język polski, dlatego decyzję o przeczytaniu tej serii podjęłam bez zastanowienia.
Książka, do czego nawiązuje już jej tytuł, dzieje się w sześciennym świecie stworzonym przez Markusa Perssona (“Notcha”) - w realiach gry “Minecraft”. Można zatem wywnioskować, że jest to książka typowo przygodowa, fantastyczna, skierowana głównie do młodzieży… choć nad tym można długo rozważać. Przecież niektórzy dorośli też lubią gry, a także powieści na ich podstawie :).
Bohaterami są bracia bliźniacy oraz Suzy, z poprzednich części serii, próbujący powstrzymać szaleńczą sztuczną inteligencję zwaną Herobrinem. Andre wraz ze swoją szkolną koleżanką trafiają do świata Minecrafta, aby ocalić brata chłopaka - Josha - oraz ludzkość przed zagładą. Niestety, sprytny program płata im figle na każdym kroku… Jedną z pułapek jest tytułowy creeper. A raczej cała ich masa, stworzona przez Starego Svena na prośbę pewnego burmistrza pod tajemniczym kryptonimem “Projekt Creeper”.
Wielką zaletą tej książki, oprócz tego, że dzieje się w świecie gry uwielbianej przez większość graczy, jest bardzo wyraźna, duża czcionka ułatwiająca czytanie oraz wiele bardzo krótkich rozdziałów :). Książkę bardzo szybko się czyta, dlatego nie powinien mieć z nią problemu nawet początkujący czytelnik. Osobiście polecam ją każdemu, a w szczególności - graczom “Minecrafta”. Warto ją przeczytać!

Agnieszka

06 marca

Minecraft przygody. Portal S. D. Stuart - recenzja

Minecraft przygody. Portal S. D. Stuart - recenzja
Tytuł: "Minecraft przygody. Portal"

Autor: S. D. Stuart
Gatunek: fantastyka, science-fiction
Liczba stron: 82
Wydawnictwo: ARKADY
seria: Przygody w świecie Minecrafta, tom 2


Powodów, dla których wybrałam tę książkę było wiele, ale jeden przewodni - wraz z początkiem roku szkolnego 2010/2011 stałam się fanką tej sześciennej gry. Dla mojego rocznika "Minecraft" był - w zasadzie - pierwszą grą, którą poznaliśmy, dlatego wybór tej książki był dla mnie oczywisty.
S. D. Stuart jest amerykańskim pisarzem. Jak można wywnioskować z jego zainteresowań Minecraftem, specjalizuje się w fantastyce oraz science - fiction. Jego książki królowały na liście bestsellerów wydawnictwa Amazon, więc sądzę, że warto poznać jego dzieła.
Jest to typowa książka dla młodzieży z gatunku fantastyki. Jednak, jak wspomina już sam autor w króciutkim prologu, niektóre nazwy są autentyczne (przykładowo Notch jest rzeczywistym twórcą Minecrafta, a wydawcą tej gry jest spółka Mojang).
Głównymi bohaterami są dwaj bliźniacy - Andre i Joshua Hale (Herobrine o nich mówi “klony”) - którzy, oprócz swoich uczniowskich obowiązków, potrafią znaleźć czas dla swojego ukochanego Minecrafta. Dodatkowo, we wchodzeniu w rolę Steve’a (głównego bohatera w tej grze) pomaga im kapsuła skonstruowana przez ich ojca i zarazem znakomitego naukowca, pana Hale. W tej części występuje również Suzy, koleżanka chłopców z klasy, która - rzekomo - jest lepsza od nich obu w tej grze. Niestety wszyscy popadają w kłopoty…
Wspomniany przez mnie wcześniej “Herobrine” to wymysł twórcy Minecrafta, Notcha, który niestety wpadł na haniebny pomysł podporządkowania sobie ludzkości. Należy przy tym wspomnieć, że jest on jedynie sztuczną inteligencją… zaprojektowaną na podstawie aplikacji opracowanej przez australijski Departament Obrony, która miała podejmować ważne decyzje dotyczące badania przestrzeni kosmosu, racjonalnego wykorzystywania zasobów ropy naftowej oraz gazu, a także energii jądrowej czy też nadzorowaniem nad służbą zdrowia lub wojskiem. 

Sądzę, że ten opis jest przekonujący, aby przeczytać tę książkę, bo jest tego warta. Jeśli jest jednak mało wiarygodny, to mogę jeszcze zachęcić naprawdę przyjemną do czytania, dużą czcionką oraz interesującą fabułą. Widać, że to nie jest książka “pisana na kolanie” - wystarczy choć troszkę wczuć się w dzieje chłopców, by autentycznie przeżyć ich przygody, niczym w tej genialnej grze. Mogę również dodać, że po przeczytaniu chociażby jednej książki z tej serii, można nabrać chęci do grania w Minecraft :).

Moim zdaniem, książka ta jest typową lekturą na deszczowy dzień, upał czy też przerwę między lekcjami - pisana luźną prozą dla każdego. Graczom Minecrafta będzie zdecydowanie łatwiej wyobrazić sobie endermana, creepera, NPC-ta czy też pikselowego pająka, dlatego przed lekturą polecam godzinę poświęconą na grę. Jest to typowa pozycja, którą polecam z czystym sumieniem. Miłego czytania! 

Agnieszka

05 grudnia

"Samotność odległych gwiazd" Kate Ling - recenzja

"Samotność odległych gwiazd" Kate Ling - recenzja
Tytuł: "Samotność odległych gwiazd"
Autor: Kate Ling
Gatunek: YA, sci-fi
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Amber


Wyobrażacie sobie porzucenie ziemi? Pięknych zielonych dolin, oceanów, plaż i gór na rzecz życia na statku, pełnym sterylnych pomieszczeń, surowych zasad i fałszywej miłości? Możliwość zobaczenia galaktyki: planet, gwiazdozbiorów czy asteroid, jest na pewno ogromną zachętą, tak samo jak uczestnictwo w czymś wielkim, wydaje się to piękne i ciekawe, ale jest to tylko złudna nadzieja, bo żaden pasażer oprócz specjalnej grupy wywiadowczej nie może opuszczać pokładu, a nieliczne okna jeszcze bardziej potęgują poczucie zamknięcia i bezsilności. Wszyscy są ślepo wpatrzeni w cel, który im wyznaczono i na każdym kroku wmawiają sobie, że jest on słuszny. Uwierzcie mi na słowo, nie chcielibyście się tam znaleźć.

W każdej książce o skorumpowanej społeczności zawsze znajdzie się buntownik, osoba dla której ślepe podążanie za tłumem jest najgorszą karą, jaką zesłał na nią świat. Wielokrotnie już spotkałam się z tym typem bohatera, zawsze podziwiałam ich odwagę i chęć zmian. Tutaj także odczuwałam podobne wrażenie i choć postać jest dość sztampowa, to jest w niej coś intrygującego. Seren Hemple, bo to właśnie o niej mowa, jest główną bohaterką i narratorką książki, wkrótce skończy 16 lat i swoją Edukację. Dla każdego mieszkańca Ventury jest to bardzo ważny dzień, czas wyboru życiowego partnera. Procedura ta od początku niepokoi Seren, nie widzi ona najmniejszego sensu w systemie panującym na Venturze i misji, która jest nieodłączną częścią życia każdego mieszkańca statku. Bohaterka ma dużo racji co do niesprawiedliwości panujących zasad, na początku jej szczerość i nieustępliwość mi imponowała, z czasem jednak stała się trochę drażniąca. Bohaterka wielokrotnie wpadała przez swoje odważne poglądy w tarapaty, co wprawdzie dynamizowało akcję, ale stawiało także Seren w roli osoby niedojrzałej i egoistycznej.
Właśnie przez jedną z takich wpadek trafiła ona do szpitala, aby odbyć wizytę u doktora Maddoxa. Poznała tam Domingo Suareza, przystojnego Latynosa, który wyznaje podobne do jej własnych poglądy. Jak nietrudno zgadnąć, dziewczyna zakochuje się w starszym chłopaku, imponuje jej jego charyzma i wielorakie talenty oraz wrodzony urok osobisty. Najbardziej jednak cieszy ją widoczne zainteresowanie z jego strony. Na Venturze jednak miłość jest kategorycznie zabroniona. Wybór niezgodny z zasadami stanowi oznakę buntu, a brak oddania najważniejszej sprawie, czyli przekazywaniu ziemskiej wiedzy kolejnym pokoleniom, uważany za brak poszanowania dla ludzkości i jej przetrwania. Zaczynają się więc potajemne schadzki, ciche rozmowy, skryte pocałunki. Zarówno Dom jak i Seren mają swoich partnerów życiowych, na domiar złego partnerem Seren jest niejaki Ezra, syn Kapitan Kat - dowodzącej całą operacją. Uwaga załogi jest więc zwrócona na Seren, co w dużym stopniu utrudnia jej spotkania z Domingiem. I tu rodzi się pytanie, czy warto dać tej miłości szansę na dalszy rozwój, czy może od razu spisać ją na straty?

"Moje uczucie do niego jest błyskawiczne, potężne i piękne. A do tego kompletnie beznadziejne."

Jak już napisałam, na pierwszym planie pojawia się wątek miłosny, tym samym spychając na plan dalszy wątek podróży kosmicznej i ustroju panującego na Venturze. Na całe szczęście autorka mimo tej zmiany w dalszym ciągu go rozwijała, co bardzo mnie ucieszyło, ponieważ uważam, że jest on bardzo intrygujący i ciekawy. 
Ventura, jak już zdążyliście się dowiedzieć, to ogromny, samowystarczalny statek. W środku wyglądający jak ogromne dwutysięczne miasto. Wyruszył z Ziemi 84 lata temu . Za 262 lata dotrze do planety, skąd odebrano tajemniczy sygnał. Wydawać by się mogło, że ten cud techniki przemierzający galaktykę jest miejscem pełnym szczęścia i harmonii. Nic bardziej mylnego, bo pod sztucznymi uśmiechami, zawsze siedzi głęboko skrywany ból i samotność. Jest to bowiem miejsce, gdzie zamiast propagować indywidualność i oryginalność rozpowszechnia się przeciętność i postępowanie według narzuconych schematów i zasad. Nikt z załogi nie zna Ziemi i nie pozna kresu podróży. Na Venturze ludzie żyją i doczekają końca swoich dni, a misja będzie trwać dalej, aż do schyłku podróży.

"Urodziliśmy się, żeby umrzeć i aż do teraz udawaliśmy, że to nic takiego."

Rodzaj porządku panującego na Venturze idealnie opisała jedna z postaci:
"Istniejesz jedynie po to, żeby być częścią misji. Ty i my wszyscy jesteśmy własnością NASA, ESA i naszych sponsorów z Ventura Communications Incorporated, musimy zatem kontynuować misję, do której zostaliśmy powołani. Spełnienie obowiązku nie jest kwestią wyboru. Pierwsza obsada statku liczyła osiemset osiemdziesiąt osiem osób. Czterysta czterdzieści cztery płodne pary, cykl narodzin co trzy lata i niemożliwa do przewidzenia liczba śmierci. Przed nami podróż trwająca siedemset lat. Żeby powoływać do życia zdrowe dzieci i zapewnić Venturze przyszłość, musimy robić co do nas należy. Stabilne Unie i odgórnie zaplanowane rodziny są fundamentami, na których opiera się cała nasza cywilizacja."

Często nie doceniamy tego, co oferuje nam Ziemia, jednak po przeczytaniu tej książki zdecydowanie zaczęłam zwracać uwagę nawet na najdrobniejsze rzeczy, które na Venturze mogły objawiać się tylko w snach czy marzeniach. Jeśli więc lubisz Si-fi z dość obszernym wątkiem miłosnym, a także książki z "charakternym" głównym bohaterem, to ta książka z pewnością ci się spodoba. Życzę zatem miłej lektury. 

Kinga


26 września

„Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu” Anna Lange - recenzja

„Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu” Anna Lange - recenzja
Tytuł: „Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu”
Autor: Anna Lange
Gatunek: fantastyka, science fiction
Liczba stron: 444
Wydawnictwo: Sine Qua Non


Muszę przyznać, że "Clovis" od początku urzekł mnie swoim wyglądem, przywodził na myśl coś mrocznego, coś tajemniczego, dawnego... W skrócie wszystko, co uwielbiam. Ale jak stare porzekadło głosi, nie warto oceniać książki po okładce, więc zabrałam się do czytania. Naszą trójkę głównych bohaterów stanowią: tytułowy Clovis LaFay, który w czasie akcji, ma poważne kłopoty rodzinne związane z nieżyjącym ojcem, John Dobson, były przyjaciel Clovisa, nadinspektor wydziału detektywistycznego oraz Alicja Dobson, u której od początku zauważamy wahanie między karierą a zamążpójściem. Akcja książki umiejscowiona jest w roku 1873, czyli łatwo się domyślić, nie ma tu zbytniego powiązania z nowoczesnością. Ta książka dobrze opisuje dzieje Londynu z tamtego okresu, opowiada o egzorcyzmie i podejrzeniach czarnej magii, dodatkowo są w niej retrospekcje, kiedy wracamy do wspomnień bohaterów, bądź jeszcze wcześniejszych czasów. Akcja skacze między trzema postaciami, prezentując ich życiowe rozterki, podejrzenia, śledztwa, czasy wiktoriańskie, rodowe klątwy, a także nekromancję. Szczególnie to ostatnie ma duży wpływ na fabułę i jest swoistą zagadką. "Clovis" jest niczym pogawędka z magią przy herbacie, wprowadza trochę zagadki i jest ciekawy. Ponadto ma w sobie trochę humoru, zarówno tego czarnego, jak i zwyczajnego, dzięki czemu, nawet przy tego typu lekturze, na pewno uśmiechniemy się chociaż raz. Łączy moc, inteligencję i sprytne powiązania między wątkami, co skutkuje płynnością w czytaniu. Książka nie obyłaby się bez szemranych interesów, nauki magii i uroczych dżentelmenów, tak często kojarzonych z tamtymi czasami. Całokształt podobał mi się, być może czasem czułam lekki niedosyt, ale kiedy patrzę z perspektywy czasu, to była warta przeczytania książka. Lange wykreowała świat, w którym łatwo się zatracić i na chwilę stać członkiem wszystkich zdarzeń, porusza zarówno sprawy duchowe, czasem dosłownie, a także powiązane z magią. A chociaż wielu zaklina się, że tak nie jest, każdy z nas ma w sobie chociaż przebłysk prawdziwej magii. Aż trudno ją odłożyć! Jest lekka, ma dość małą czcionkę, ale nie stanowi to większego problemu podczas czytania. "Clovis LaFay" na pewno spodoba się wszystkim fanom wiktoriańskiego Londynu, magii oraz ociupinki tajemnicy. Nie widzę ograniczeń wiekowych, więc każdy, kto lubi powyższe tematy, powinien sięgnąć po tę książkę.

Ola




20 lipca

Trylogia Diakowa - Andriej Diakow - recenzja

Trylogia Diakowa - Andriej Diakow - recenzja
Tytuł: "Do światła", "W mrok", "Za horyzont"
Autor: Andriej Diakow
Gatunek: fantastyka, science-fiction, postapokalipsa
Liczba stron:
Wydawnictwo: Insignis
Cykl: Trylogia Diakowa
Seria: Uniwersum Metro 2033


Wakacyjne miesiące, a więc i wakacyjna recenzja. Tym razem książka potrójna, czyli trylogia Diakowa, wydana przez Insignis i wchodząca w skład serii Uniwersum Metro 2033.
Powieść tę mogłam przeczytać dzięki uczniowi, który pożyczył mi ją na wakacje i muszę przyznać, że naprawdę wyrwała mnie z trampek :-) 
Okładki trylogii intrygują i zachęcają do poznania tej historii. Są mroczne i zdradzają klimat powieści, pokazując jednak zaledwie ułamek tego, co czeka czytelnika w środku. Rozpoczęcie lektury równa się wejściu w świat zniszczony przez atomowe zabawy ludzkości z życiem i śmiercią. Świat pełen promieniowania, niebezpiecznych mutantów, głodu i zezwierzęcenia. 
Ocalali z katastrofy ludzie żyją pod ziemią w strasznych warunkach, w przystosowanych jako tako do mieszkania stacjach metra. Ci, którzy decydują się wyjść na powierzchnię, to najczęściej stalkerzy lub samobójcy, bo bez specjalnego kombinezonu i doświadczenia w takich wędrówkach wyjście najczęściej kończy się śmiercią śmiałka. 
Pewnego dnia społeczność ocalałych z petersburskiego metra odbiera sygnał świetlny, który mógłby świadczyć o tym, że gdzieś jeszcze są inni ocalali ludzie. Dotarcie do Kronsztadu, skąd prawdopodobnie pochodził ów sygnał, jest jednak bardzo niebezpieczne. Może tego dokonać tylko ktoś doświadczony, komu nie są straszne żadne żyjące na powierzchni potwory. Tym człowiekiem jest Taran, stalker. Zgadza się on wyruszyć na wyprawę, ale stawia warunek - chce dostać w zamian dwunastoletniego dzieciaka ze stacji Moskiewskiej, Gleba, który ma ruszyć w podróż razem z nim. Gleb jest przerażony perspektywą przebywania na powierzchni, do tego jeszcze w towarzystwie gburowatego i zwalistego, obcego mężczyzny. Wyjścia jednak nie ma. Został przehandlowany... Z czasem pojawi się więcej ciekawych bohaterów, wśród których wyróżnia się na przykład Dym, zielonoskóry mutant i przyjaciel Tarana. 

Akcja powieści jest bardzo wartka, a kolejne wydarzenia rozgrywają się momentami błyskawicznie. Nie ma czasu na nudę, włosy wciąż stają dęba, a po plecach wędrują nieustające ciary. Kolejne przeszkody wyrastają na drodze drużyny jak grzyby po deszczu, ale podczas lektury na szczęście nie odnosi się wrażenia, że to motyw "zabili go i uciekł". Wbrew przeciwnie, są i tacy, którym nie będzie dane dotrzeć do celu wyprawy... Postaci są świetnie zarysowane, do tego stopnia, że naprawdę można się z nimi zżyć. Obserwowanie zmagań każdego z nich z otoczeniem i samym sobą to bezcenne doświadczenie.  

Jak potoczy się wspólne życie Tarana i Gleba? Czy chłopak przekona się do nowego opiekuna? Czy pomoże mu w trudnej przeprawie, czy raczej będzie zawalidrogą? Kto jeszcze dołączy do wyprawy? Czy wszyscy będę po tej samej stronie barykady? Kim okażą się nadawcy świetlnego sygnału? 
Pytań jest wiele, a to dopiero początek trylogii. O pozostałych dwóch tomach nie będę się rozpisywać, bo nie chcę popsuć przyjemności z lektury. Poza tym, jak to w trylogiach bywa, jeśli napiszę choć odrobinę o fabule drugiej i trzeciej części, to automatycznie będzie to spoiler poprzednich tomów :-) W każdym razie będzie się działo, oj będzie.    

Polecam bez wahania! 

Zoja


07 stycznia

"Mechaniczne pająki" Corina Bomann - recenzja

"Mechaniczne pająki" Corina Bomann - recenzja
Tytuł: "Mechaniczne pająki"
Autor: Corina Bomann
Gatunek: kryminał, science fiction
Liczba stron: 476
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal, Uroboros


Kiedy wyciągnęłam książkę Bomann na ćwiczeniach z litografii, natychmiast rozległy się pełne wzruszeń okrzyki: 

„Jaka śliczna okładka!”
„Ale fajna! Ej, jak oni uzyskali takie złoto?”
„A o czym to? Przeczytałaś już?”

„Głupie pytania, jak nic widać, że steampunk.”
Cóż... Miał być steampunk... I był steampunk!

Mechaniczne pająki.

Bardzo lubię, kiedy w tytułach książek czy filmów pojawia się słowo "mechaniczne". Nic nie mogę poradzić na to, że od chwili obejrzenia „Mechanicznej pomarańczy”, jakoś tak dobrze kojarzy mi się ten wyraz. No i w końcu brzmi tak dostojnie, nowocześnie oraz hipstersko zarazem! Kiedy więc w moje ręce trafiła książka Coriny Bomann, od razu wzięłam się za czytanie. Zwłaszcza, że okładka książki zasugerowała mi jakimi motywami z pewnością przesiąknięta jest powieść. Brązy, złoto, czerwienie, koła zębate i dziwne okulary... Chyba każdy wie, co to oznacza.
Akcja książki toczy się w dziewiętnastym wieku w Anglii, a jej bohaterką jest siedemnastoletnia Violet Adair, córka bardzo wpływowego i szanowanego arystokraty. Dziewczyna marzy o byciu popularną w całej Anglii, a może i Europie konstruktorką. Jej nieodłącznym towarzyszem jest tajemniczy lokaj imieniem Alfred o ponurej przeszłości i wcale nie irracjonalnym strachem przed klaunami. Mówię poważnie, z tymi wymalowanymi komikami nie ma żartów! Ten kto oglądał „Coś”, wie o czym mówię.
W każdym razie nieco się to gryzie z faktem o tym, że Violet, bardzo lubi chadzać na przedstawienia cyrkowe. A dokładniej jednej konkretnej mechanicznej trupy.
Poza tym, jak już wspomniałam, panienka Adair ma dość niecodzienne hobby i, aby je realizować, nocami wymyka się do specjalnego, mieszczącego się w dość szemranej dzielnicy miasta, laboratorium. Tam właśnie pod osłoną nocy pracuje nad wynalazkiem, którego powstanie stanowić będzie epokowe wydarzenie i w przyszłości najpewniej ocali tysiące kobiet od rozmoczonej skóry na dłoniach. Zmywarką, ma się rozumieć.
A teraz poważnie. Kiedy dziewczyna wymykała się z domu, cel jej podróży był owiany taką tajemnicą, że myślałam, iż jest ona w trakcie badań nad stworzeniem głowicy nuklearnej, a nie samoczyszczącego ustrojstwa.
Wracając jednak do fabuły. W dniu „debiutu na salonach” głównej bohaterki dochodzi do przykrego incydentu. Mianowicie ginie jeden z bardzo wpływowych gości i co gorsza miejscem zgonu jest posiadłość Adair. Kiedy okazuje się, że mężczyzna, będący członkiem parlamentu (do którego należy także ojciec Violet), został otruty, dziewczyna postanawia podjąć własne śledztwo w sprawie tajemniczego zgonu. Podczas oględzin zwłok Lorda odkrywa, że w jego przełyku znajdował się maleńki, ale za to bardzo niebezpieczny pająk.

Jeśli chodzi o wrażenie ogólne, momentami wydawało mi się, że wiele wątków i opisów było dodanych przez pisarkę bardzo „na siłę”, jakby kobieta sama nie wiedziała do końca co chce napisać, bądź co gorsza, zdawało jej się, że pisze dla ludzi, którym siły wyższe ograniczyły w jakiś sposób umiejętności pojmowania świata. Może to wina tłumaczenia, albo tego, że jestem już za stara na tego rodzaju literaturę, ale brakowało mi pewnej lekkości i może jeszcze kilku błyskotliwych uwag narratora.
Główna bohaterka, choć sprawia wrażenie sympatycznej, bywa też dość irytująca. Nie mam pojęcia kim inspirowała się Corina Bomann, ale w mojej opinii Violet momentami uosabia chyba najgorszy wzorzec bohatera, jaki dotąd powstał – Mary Sue.
Już wyjaśniam dlaczego.
Violet to kobieta, a właściwie nastolatka żyjąca w Anglii wiktoriańskiej, gdzie generalnie rzecz ujmując, kobiety nie miały w zwyczaju wnosić zbyt wiele do życia publicznego. Bo na ogół nie były specjalnie rozgarnięte czy ambitne. Ich role społeczne ograniczały się do bycia ładnymi ozdobami mężczyzn. Oczywiście zdarzały się wyjątki i niczym dziwnym jest fakt, że Violet chciała stać się jednym z nich. Ale na litość, dziewczyna miała siedemnaście lat, a wedle opisu autorki była już całkiem niezłym mechanikiem, konstruktorem, psychologiem, detektywem i nawet anatomopatologiem. Oczywiście mogę przyjąć, że była ona cudownym, genialnym dzieckiem obdarzonym niemożliwym talentem, bo przecież tacy ludzie istnieją. Tyle że w książce, nie licząc wzmianek o wynalazkach dziewczyny nie ma praktycznie żadnego argumentu popierającego tę tezę.
Dla przykładu, jakiś czas temu zetknęłam się z japońskim komiksem „Death Note”, którego głównym bohaterem był genialny uczeń. A co do tego, że był prawdziwym geniuszem, nie mamy wątpliwości dzięki temu, że poza opisywaniem jego postępowania, autorka przedstawiała tok myślenia chłopaka, który dalece odbiegał od sposobów myślenia typowych nastolatków. Na przykład mojego!
Książka nie jest też dla mnie specjalnie wiarygodna, bo najpewniej sama autorka nie ma większego pojęcia o konstruowaniu... czegokolwiek. Odpowiedzi Violet w stylu: „Żeby naprawić błąd, poświęciłam mnóstwo ołówków oraz papieru” właśnie to mi sugerują.
Aż zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo wydłużyłby się okres powstawania pierwszych samochodów, gdyby twórcy, tak jak główna bohaterka, wszelkie usterki i defekty naprawiali głównie na papierze.
Ale co by nie mówić, książka nie zalicza się do grona złych. I bardzo polecam ją nastoletnim czytelnikom, którzy gotowi są przymknąć oko na nieco naciągane wątki, bo fabuła jest całkiem oryginalna, bohaterowie pełnowymiarowi, klimat niczym niezmącony przez wszystkie czterysta siedemdziesiąt sześć stron. I gdyby dodać kilka wad Violet i może parę dokładnych opisów konstrukcyjnych, dałabym książce mocne cztery plus, a tak jest cztery, ale z minusem.
I w życiu nie wrzuciłabym „Mechanicznych pająków” do jednego wora ze Zmierzchem czy, o zgrozo, Pięćdziesięcioma twarzami Greja.
Grrr... Aż mnie dreszcz przeszedł, na samą myśl.


Thea


24 listopada

"Dopóki nie zgasną gwiazdy" Piotr Patykiewicz - recenzja

"Dopóki nie zgasną gwiazdy" Piotr Patykiewicz - recenzja
Tytuł: "Dopóki nie zgasną gwiazdy"
Autor: Piotr Patykiewicz
Gatunek: science-fiction, powieść przygodowa, postapokalipsa
Liczba stron: 395
Wydawnictwo: Sine Qua Non



Niepokojąca... Tak, to jest chyba właściwe słowo, którym mogłabym opisać tę książkę. Wybrałam ją do recenzji właściwie w wyniku pewnej pomyłki. Z pospiesznie przeczytanego blurba zrozumiałam bowiem, że to będzie zupełnie inna historia... Jednak nie krzywduję sobie. Lektura okazała się niezwykle wciągająca i zupełnie dla mnie nowa.
Głównym bohaterem powieści jest Kacper, którego poznajemy w przededniu szesnastych urodzin. Chłopak mieszka z rodziną w osadzie wśród śniegu i lodu. Świat zmienił się całkowicie po Upadku cywilizacji. Została garstka ludzi, którzy każdego dnia walczą o przetrwanie. Są wśród nich złomiarze, mcharze, myśliwi... Wszyscy zajmują się czymś, dzięki czemu mogą utrzymać się przy życiu. Kilka dni ciężkiej drogi od tej niewielkiej osady również ktoś ocalał. To miejsce to Krzywy Wierch, gdzie pozostały ślady cywilizacji sprzed Upadku. Drogę tę pokonują jedynie Gońcy, jednak często nie wracają z wędrówki... 
Kacper ma starszego brata, Stacha, który wciąż mu dokucza i chłopak ma wrażenie, że wyśmiewa się z niego przy każdej okazji. Nastolatek nie może doczekać się chwili, kiedy będzie mógł wyruszyć na swoją pierwszą dorosłą wyprawę, podczas której będzie musiał upolować szczura. Im dorodniejszy okaz, tym większa chwała na niego spłynie po powrocie do domu. Nie wszystko jednak idzie po jego myśli. Udaje mu się wprawdzie dopaść naprawdę ogromne zwierzę, ale jest ono ranne, więc nie do końca pełnowartościowe w oczach mieszkańców wioski... W dodatku rana nie przeszkodziła wielkiej szczurzycy go zaatakować. Kiedy Kacper ją pokonał, okazało się, że to matka, która tak zajadle broniła swoich małych. Opisy są bardzo realistyczne, chwilami nawet dość odpychające, ale jednak coś takiego jest w tej historii, że z każdą chwilą bardziej chce się czytać dalej. Wchodzimy w wierzenia, tradycje, relacje, hierarchie wartości i emocje bohaterów, których autor przedstawił bardzo dokładnie. Częste opisy pozwalają nam sobie wyobrazić ten niesamowity świat i jego mieszkańców. Podczas lektury przeżywamy niespełnienie Stacha-Sygnalisty, niepewność i lęk Kacpra-Gońca czy obłąkanie Bibliotekarza Łukasza tak, jakbyśmy czynnie uczestniczyli w ich życiu. 
Polecam wszystkim, którzy lubią książki zaskakujące i tajemnicze. 

Zoja  


23 września

"Ender" Lissa Price - recenzja

"Ender" Lissa Price - recenzja
Tytuł: "Ender" 
Autor: Lissa Price 
Gatunek: fantasy, science-fiction
Liczba stron: 400 
Wydawnictwo: Albatros
seria: Starter, tom 2


Sięgnęłam po tę książkę, ponieważ jest to drugi tom serii "Starter", a poprzednia powieść bardzo przypadła mi do gustu. Głównymi bohaterami są: Callie - kiedyś bezdomna Starterka, jej przyjaciel Michael i nowo poznany, tajemniczy chłopak Hyden. 
Po zburzeniu banku ciał dziewczyna jest pewna, że będzie mogła żyć na nowo. Czyżby? Ciągle w swojej głowie słyszy głosy. Nosiciele chipów są porywani masowo i w tajemniczych okolicznościach. Czy Callie zdoła obronić siebie i bliskich oraz zniszczyć zło? Powieść pełna jest frapujących zagadek i tajemnic. Wciąż coś się dzieje, więc bardzo trudno odłożyć ją na półkę nie poznawszy zakończenia.
W tej książce spodobała mi się postawa bohaterów, którzy pragną ochronić świat przed złem, oraz burzliwa, choć trochę wolniejsza niż w "Starterze", akcja. Mimo spowolnienia toku wydarzeń, autorka zaskoczyła mnie kilkoma rozwiązaniami. 
Powieść bardzo miło się czyta. Można doświadczyć uczucia łączenia się z postaciami i ich uczuciami. Rozdziały są średniej długości, czcionka wprost idealna do płynnego czytania.
"Endera" polecam każdemu, kto lubi zatopić się w fantastyce i w wątku miłości bohaterów. Seria ,,Starter” jest jedną z moich ulubionych.

Kaja


26 sierpnia

"Kroniki Amberu" Roger Zelazny - recenzja

"Kroniki Amberu" Roger Zelazny - recenzja
Tytuł: "Kroniki Amberu"
Autor: Roger Zelazny
Liczba stron: 761
Gatunek: fantastyka, urban fantasy, science-fiction
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Seria: Kroniki Merlina, tom 2


Sięgnęłam po tę książkę pełna ciekawości po przeczytaniu pierwszego tomu. Poza tym spodobał mi się styl autora. Tom drugi, tak samo jak pierwszy, jest z gatunku urban fantasy. Dużo się nie zmieniło w porównaniu do pierwszej części, tu też nasz bohater się praktycznie cały czas przemieszcza, więc i miejsca akcji często się zmieniają.
Tym razem głównym bohaterem jest Merley, lub jak kto woli Merlin, czarodziej i syn Corwina, który od wielu lat uważany jest za martwego bądź zaginionego. Od pewnego czasu, co roku, w noc Walpurgii, czyli 30 kwietnia, ktoś próbuje zabić Merley'a. Chłopak próbuje wieść normalne życie, tylko ten jeden dzień w roku jest taki dziwny. W dodatku, tym razem dostaje wiadomość od Julii, że dziewczyna chce się z nim spotkać. Kiedy udaje mu się, by ją odwiedzić, okazuje się, że jest martwa, a jego atakuje jakiś dziwny stwór, łudząco podobny do ogromnego psa. Na szczęście udaje mu się pokonać napastnika, ale to nie koniec przygód i zaskakujących zwrotów akcji. Jeszcze sporo się wydarzy, ale nie mam zamiaru zabierać wam przyjemności samodzielnego przeczytania powieści.

Książka naprawdę mi się podobała, mimo że momentami akcja trochę zwalniała i robiła się niezbyt ciekawa. Już na początku mamy przypomnienie ostatnich wydarzeń z pierwszej części, rodzaj wprowadzenia czytelnika w nowy tom cyklu. Jednak fabuła szybko mnie wciągnęła. 
Co prawda tom drugi jest obszerniejszy niż pierwszy, ale uważam, że nie ma co się zniechęcać. Polecam go tak samo gorąco, jak i pierwszy tom. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.

Nicola


25 sierpnia

"Pogranicze" Heather Terrell - recenzja

"Pogranicze" Heather Terrell - recenzja
Tytuł: "Pogranicze"
Autor: Heather Terrell
Liczba stron: 239
Gatunek: fantastyka, fantasy, science-fiction
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
cykl: Księgi Ewy, tom 2



"Pogranicze" to drugi tom cyklu z gatunku fantastyki autorstwa Heather Terrell. W drugiej części poznajemy szczegóły dotyczące państwa Nowa Północ oraz prawo, jakie w nim obowiązuje. Główna bohaterka, Ewa, po napisaniu Kroniki Prób, zostaje mianowana Archonem i przechodzi szkolenie. Jednym z jego etapów jest praca na wykopaliskach, które znajdują się na zamarzniętym Pograniczu. Ewa odnajduje statek Założycieli "Genesis" i studiuje zapisy w dzienniku pierwszej kobiety na wykopaliskach, Madeline. Oczywiście rozwiązuje zagadkę zabójstwa swojego brata, który ginie w pierwszym tomie cyklu. 
Wykorzystanie wątku biblijnego potopu i opisanie prób powstania nowego państwa sprawia, że książka jest niezwykle wciągająca. Co wyniknie z wysiłków bohaterów? Czy państwo powstanie? Którego mężczyznę wybierze Ewa? Wszystko wyjaśni się po lekturze powieści.

Kasia



25 sierpnia

"Relikt" Heather Terrell - recenzja

"Relikt" Heather Terrell - recenzja
Tytuł: "Relikt"
Autor: Heather Terrell
Liczba stron: 255
Gatunek: fantastyka, fantasy, science-fiction
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
cykl: Księgi Ewy, tom 1



Książka Heather Terrell "Relikt" to powieść fantastyczna skierowana do ludzi młodych, lubiących fikcyjne opowieści, ale nie tylko. Możemy potraktować tę historię jako taką, która może stać się naszą przyszłością, gdyż świat techniki "pędzi" do przodu. Ludzie zasypywani są nowościami z kategorii elektroniki, ale sprzęty te zabierają nam często coś cennego, np. kontakt z żywym człowiekiem. Kto ma nowości ten "rządzi", jak mówią nastolatkowie. 
Autorka ukazuje nam świat po "Uzdrowieniu", gdyż wszechobecna technika doprowadziła do katastrofy. Ludzie wykorzystali ją w haniebny sposób. W rezultacie zalany świat pochłonął miliony istnień. Przy życiu zostali "wybrańcy", którzy żyją obecnie w "Gwieździe", gdzie rządy sprawuje Traida, w skład której wchodzą: Strażnicy Prawa, Basilikonowie i Archonowie.
Główną bohaterką jest Ewa, która staje do prób zostania Archonem, gdyż jej brat, który miał do nich przystąpić, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Prawdopodobnie został zamordowany. Wraz z Ewą bierzemy udział w dalekiej podróży przez kraj skuty lodem, gdzie kobieta jest zdana tylko na siebie. Pojawiają się dwaj kandydaci do jej serca. Lucas, który jest Sługą Pogranicza i uczy ją jak przetrwać w tej krainie lodu, i Jasper, kandydat do tytułu Archona. Ewa wydobywa Relikt, czyli przedmiot z naszej teraźniejszości, który zmienia jej dotychczasowe życie. Zmienia jej wiarę w cały porządek i wszystkich ludzi, którzy ją otaczają. Polecam tę książkę każdemu, ponieważ jest "mądrą" pozycją, dającą do myślenia. Z chęcią sięgnę po drugi tom tego cyklu pt. "Pogranicze". 

Kasia


16 sierpnia

"Wieża Asów" George R. R. Martin - recenzja

"Wieża Asów" George R. R. Martin - recenzja
Tytuł: "Wieża Asów"
Autor: George R. R. Martin, Roger Zelazny, Pat Cadigan, Walter Jon Wiliams
Redakcja i wybór: George R.R. Martin
Gatunek: science fiction, fantastyka
Liczba stron: 555
Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Do przeczytania książki skłoniły mnie nazwiska gigantów literatury science fiction i fantasy, oraz ciekawość – jaką historię z opowieści różnych autorów złożył George R.R. Martin.
Po drugiej wojnie światowej Obcy w ramach eksperymentu wysłali na Ziemię wirusa dzikiej karty, który przekształcał ludzkie geny. Wynikiem było stworzenie obdarzonych potężnymi mocami asów oraz zniekształconych dżokerów.
Teraz, po latach, Ziemi zagraża kolejne niebezpieczeństwo. Z kosmosu przybywa Rój, aby pochłonąć kolejną planetę, jaką jest glob ziemski. Niebezpieczeństwo jest ogromne. Na Ziemi przebywają pełni nienawiści do siebie asowie i dżokerzy, nie brakuje też obcych szpiegów i obserwatorów, oraz masonów upatrujących w Roju starożytnych egipskich bogów. Akcja jest napięta i wartka. Każdy z autorów dodaje własny wątek, ale wszystkie opowieści są ze sobą splecione. Każda z nich opowiada historię jednego z asów. Sytuację ludzi pogarsza fakt, że obcy, którzy uwolnili wirusa dzikiej karty, wracają na Ziemię, aby kolekcjonować superbohaterów. Na szczęście jeden z obcych sprzyja błękitnej planecie i staje po stronie ludzi.

Elka



Copyright © 2016 Za półką z książkami... , Blogger