czwartek, 7 stycznia 2016

"Mechaniczne pająki" Corina Bomann - recenzja

Tytuł: "Mechaniczne pająki"
Autor: Corina Bomann
Gatunek: kryminał, science fiction
Liczba stron: 476
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal, Uroboros


Kiedy wyciągnęłam książkę Bomann na ćwiczeniach z litografii, natychmiast rozległy się pełne wzruszeń okrzyki: 

„Jaka śliczna okładka!”
„Ale fajna! Ej, jak oni uzyskali takie złoto?”
„A o czym to? Przeczytałaś już?”

„Głupie pytania, jak nic widać, że steampunk.”
Cóż... Miał być steampunk... I był steampunk!

Mechaniczne pająki.

Bardzo lubię, kiedy w tytułach książek czy filmów pojawia się słowo "mechaniczne". Nic nie mogę poradzić na to, że od chwili obejrzenia „Mechanicznej pomarańczy”, jakoś tak dobrze kojarzy mi się ten wyraz. No i w końcu brzmi tak dostojnie, nowocześnie oraz hipstersko zarazem! Kiedy więc w moje ręce trafiła książka Coriny Bomann, od razu wzięłam się za czytanie. Zwłaszcza, że okładka książki zasugerowała mi jakimi motywami z pewnością przesiąknięta jest powieść. Brązy, złoto, czerwienie, koła zębate i dziwne okulary... Chyba każdy wie, co to oznacza.
Akcja książki toczy się w dziewiętnastym wieku w Anglii, a jej bohaterką jest siedemnastoletnia Violet Adair, córka bardzo wpływowego i szanowanego arystokraty. Dziewczyna marzy o byciu popularną w całej Anglii, a może i Europie konstruktorką. Jej nieodłącznym towarzyszem jest tajemniczy lokaj imieniem Alfred o ponurej przeszłości i wcale nie irracjonalnym strachem przed klaunami. Mówię poważnie, z tymi wymalowanymi komikami nie ma żartów! Ten kto oglądał „Coś”, wie o czym mówię.
W każdym razie nieco się to gryzie z faktem o tym, że Violet, bardzo lubi chadzać na przedstawienia cyrkowe. A dokładniej jednej konkretnej mechanicznej trupy.
Poza tym, jak już wspomniałam, panienka Adair ma dość niecodzienne hobby i, aby je realizować, nocami wymyka się do specjalnego, mieszczącego się w dość szemranej dzielnicy miasta, laboratorium. Tam właśnie pod osłoną nocy pracuje nad wynalazkiem, którego powstanie stanowić będzie epokowe wydarzenie i w przyszłości najpewniej ocali tysiące kobiet od rozmoczonej skóry na dłoniach. Zmywarką, ma się rozumieć.
A teraz poważnie. Kiedy dziewczyna wymykała się z domu, cel jej podróży był owiany taką tajemnicą, że myślałam, iż jest ona w trakcie badań nad stworzeniem głowicy nuklearnej, a nie samoczyszczącego ustrojstwa.
Wracając jednak do fabuły. W dniu „debiutu na salonach” głównej bohaterki dochodzi do przykrego incydentu. Mianowicie ginie jeden z bardzo wpływowych gości i co gorsza miejscem zgonu jest posiadłość Adair. Kiedy okazuje się, że mężczyzna, będący członkiem parlamentu (do którego należy także ojciec Violet), został otruty, dziewczyna postanawia podjąć własne śledztwo w sprawie tajemniczego zgonu. Podczas oględzin zwłok Lorda odkrywa, że w jego przełyku znajdował się maleńki, ale za to bardzo niebezpieczny pająk.

Jeśli chodzi o wrażenie ogólne, momentami wydawało mi się, że wiele wątków i opisów było dodanych przez pisarkę bardzo „na siłę”, jakby kobieta sama nie wiedziała do końca co chce napisać, bądź co gorsza, zdawało jej się, że pisze dla ludzi, którym siły wyższe ograniczyły w jakiś sposób umiejętności pojmowania świata. Może to wina tłumaczenia, albo tego, że jestem już za stara na tego rodzaju literaturę, ale brakowało mi pewnej lekkości i może jeszcze kilku błyskotliwych uwag narratora.
Główna bohaterka, choć sprawia wrażenie sympatycznej, bywa też dość irytująca. Nie mam pojęcia kim inspirowała się Corina Bomann, ale w mojej opinii Violet momentami uosabia chyba najgorszy wzorzec bohatera, jaki dotąd powstał – Mary Sue.
Już wyjaśniam dlaczego.
Violet to kobieta, a właściwie nastolatka żyjąca w Anglii wiktoriańskiej, gdzie generalnie rzecz ujmując, kobiety nie miały w zwyczaju wnosić zbyt wiele do życia publicznego. Bo na ogół nie były specjalnie rozgarnięte czy ambitne. Ich role społeczne ograniczały się do bycia ładnymi ozdobami mężczyzn. Oczywiście zdarzały się wyjątki i niczym dziwnym jest fakt, że Violet chciała stać się jednym z nich. Ale na litość, dziewczyna miała siedemnaście lat, a wedle opisu autorki była już całkiem niezłym mechanikiem, konstruktorem, psychologiem, detektywem i nawet anatomopatologiem. Oczywiście mogę przyjąć, że była ona cudownym, genialnym dzieckiem obdarzonym niemożliwym talentem, bo przecież tacy ludzie istnieją. Tyle że w książce, nie licząc wzmianek o wynalazkach dziewczyny nie ma praktycznie żadnego argumentu popierającego tę tezę.
Dla przykładu, jakiś czas temu zetknęłam się z japońskim komiksem „Death Note”, którego głównym bohaterem był genialny uczeń. A co do tego, że był prawdziwym geniuszem, nie mamy wątpliwości dzięki temu, że poza opisywaniem jego postępowania, autorka przedstawiała tok myślenia chłopaka, który dalece odbiegał od sposobów myślenia typowych nastolatków. Na przykład mojego!
Książka nie jest też dla mnie specjalnie wiarygodna, bo najpewniej sama autorka nie ma większego pojęcia o konstruowaniu... czegokolwiek. Odpowiedzi Violet w stylu: „Żeby naprawić błąd, poświęciłam mnóstwo ołówków oraz papieru” właśnie to mi sugerują.
Aż zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo wydłużyłby się okres powstawania pierwszych samochodów, gdyby twórcy, tak jak główna bohaterka, wszelkie usterki i defekty naprawiali głównie na papierze.
Ale co by nie mówić, książka nie zalicza się do grona złych. I bardzo polecam ją nastoletnim czytelnikom, którzy gotowi są przymknąć oko na nieco naciągane wątki, bo fabuła jest całkiem oryginalna, bohaterowie pełnowymiarowi, klimat niczym niezmącony przez wszystkie czterysta siedemdziesiąt sześć stron. I gdyby dodać kilka wad Violet i może parę dokładnych opisów konstrukcyjnych, dałabym książce mocne cztery plus, a tak jest cztery, ale z minusem.
I w życiu nie wrzuciłabym „Mechanicznych pająków” do jednego wora ze Zmierzchem czy, o zgrozo, Pięćdziesięcioma twarzami Greja.
Grrr... Aż mnie dreszcz przeszedł, na samą myśl.


Thea


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz