03 sierpnia

"Znalezione w szafce" - projekt o książkach przybliżających matematykę jako naukę

"Znalezione w szafce" był to projekt, organizowany z inicjatywy byłych uczniów gimnazjum, w tym mnie, oraz naszego niezastąpionego nauczyciela matematyki. Zanim przejdę do tego, na czym polegał, chciałabym tylko wspomnieć, że ten post pojawia się tutaj z prawie miesięcznym opóźnieniem głównie przez brak czasu osoby nadzorującej (niestety mnie, absolwentki) i kompletnego braku zorganizowania również tej osoby... Chciałabym bardzo za to przeprosić, bo to tylko i wyłącznie moja wina.


Projekt ten polegał na czytaniu i recenzowaniu czegoś nietypowego, bo książek o matematyce, o jej historii bądź o ludziach, którzy przyczynili się do jej rozwoju. O wszystkim, co kryją w sobie wzory i skomplikowane działania. Ja oraz moja przyjaciółka wyszperałyśmy w zakamarkach biblioteki książki, po które raczej mało kto by sięgnął, aby zainspirować ludzi do innego patrzenia na matematykę.

Moją lekturą była książka "Opowieści o liczbach", wyjątkowo cienka i bardzo przyjemna lektura, która podzielona na kilka części rozprawiała się z takimi tematami, jak na przykład historia i użycie zera, kto je uznawał, a kto nie, albo generalna historia liczb, ich formy i przekazu od wieków. Książka bardzo krótka, nosiła w sobie wiele cennych I ciekawych historii, była napisana prostym językiem, a jej jedyną wadą była już leciwa okładka, gdyż książka pochodziła sprzed kilkunastu dobrych lat.

Myślę, że najważniejsze w całym projekcie oraz w czytaniu było poznanie matematyki od zupełnie innej strony, jako inna nauka. Jako coś, o czym można opowiadać godzinami i coś, co potrafi nawet bawić. Jeżeli ktokolwiek natknie się na powyższą lekturę, z całą pewnością polecam, nawet żeby z czystej ciekawości do niej zajrzeć. Coś nietypowego, a bardzo interesującego, żeby zobaczyć tę naukę w innym świetle.

Chociaż nie jestem już uczniem tej szkoły, jestem pewna, że jej cenne zbiory przetrwają i następne roczniki, chociaż będą chodziły do podstawówki zamiast gimnazjum, wyszperają jeszcze coś innego, podobnego do "Opowieści".

Ola



Autor: Edwin A. Abbott
Tytuł: "Flatlandia czyli kraina płaszczaków" (powieść o wielu wymiarach)
Wydawnictwo: GWO (Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe)
Liczba stron: 157
Gatunek literacki: Powieść popularnonaukowa

Trudno pozostać obojętnym wobec tej książki. Przez ponad sto lat istnienia zdobyła wielu - jeśli nie zachwyconych, to przynajmniej rozbawionych czy poruszonych - czytelników. Z przejęciem czytają Flantlandię nastolatki, z powagą cytują profesorowie. Dla jednych jest ona klasyką science fiction, dla innych książką popularnonaukową, jeszcze inni widzą w niej zabawną historię napisaną z powściągliwym, angielskim poczuciem humoru.

Tak przedstawia się fragment przedmowy książki, którą przeczytałam ostatnio. Już na wstępie powiem, że Flatlandia to publikacja skierowana do wszystkich, nawet tych pozbawionych szerokiej wiedzy matematycznej. Wystarczy odrobina myśli przestrzennej i błyskotliwości. To niewiele, żeby cieszyć się z lektury, prawda?

Natura Flatlandii może z początku wydawać nam się trochę obca. Mimo, że przestrzeń w niej występująca jest nam dobrze znana, dlatego gdy dopiero zaznajamiałam się z życiem pewnego sześciokąta, który jest narratorem tego dzieła, byłam przekonana, że nie będę w stanie zrozumieć sensu tego utworu i motywacji autora. Przecież tu musi chodzić o coś więcej! Co tak naprawdę chciał mi przekazać Abbott?- pytałam się bezustannie w myślach. Odpowiedź na to pytanie może nie być wystarczająco satysfakcjonująca. Otóż wydaje mi się, że każdy czytelnik odbiera to dzieło na swój sposób. Jedni z pewnością pochwalą je za doskonałą możliwość do snucia przemyśleń, którą niewątpliwie otrzymali. Jeszcze inni znajdą tutaj kolejny świat fantazji, który tylko czeka,aby go odkryć.

Dla mnie największą frajdą było odkrycie, że ten utwór jest tak naprawdę wierną kopią obrazu angielskiego społeczeństwa, z którym obcował autor. Trudno nazwać "Flatlandię" satyrą, ponieważ nie chodzi w niej o prześmiewczość. Ma być to raczej ukazanie różnic między arystokracją i biedotą oraz ważnej roli kapłanów w wiktoriańskiej Anglii. Trudno przeoczyć także wątek kobiet, które w książce przedstawione są jako osoby niższego sortu. Niezbędne mężczyźnie i jednocześnie nie traktowane z należytym szacunkiem. Nie mają możliwości kształcenia, są tylko jeden stopień wyżej od biedoty i przestępców. Tak też było w Anglii zanim kobiety zaczęły tworzyć feministyczne organizacje i ubiegać się o swoje prawa.

Narrator jest bardzo wyrozumiały, próbuje przekazać nam informacje o swoim świecie w sposób prosty, często też obrazowy. Tak, nie pomyliliście się. Narrator jest świadom, że snuje opowiadanie do nas, osób mieszkających na Ziemi - która w przeciwieństwie do Flatlandii (Płaskiej Krainy) posiada jeszcze jeden wymiar. Taki zabieg nazywa się burzeniem czwartej ściany, jeśli jesteście zaznajomieni z komiksami Marvela to wiecie, że Deadpool często tego dokonuje. W skrócie polega to na bezpośrednim zwracaniu się do czytelnika lub gdy postać daje znać, że wie o tym, że jest obserwowana.To zjawisko jest tak wplecione w tą książkę, że o mało mi nie umknęło. Świadomość istnienia takiego drugiego dna bardzo mi się spodobała. Zdecydowanie nadała głębi temu utworowi i wzbudziła moją ciekawość.

Mimo braku wartkiej akcji Flatlandia zdecydowanie intryguje. Jest przyjemna w odbiorze, a tłumaczenie jest świetnie wykonane. Na pewno nie było to łatwe zadanie dla tłumaczy, ponieważ Flatlandia powstała w XIX wieku. Oczywistym jest więc, że nawet po przetłumaczeniu język wydaje się trochę... zakurzony. Mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Myślę jednak, że takie słownictwo nie jest wielką przeszkodą, wręcz przeciwnie, nadaje trochę epokowości i poczucia uniwersalności tego dzieła.

Myślę, że nie doszukamy się wielu książek o tej tematyce. Poruszających wątek wymiarowości w tak trafny i dociekliwy zarazem sposób. Abbott udowodnił, że można stworzyć dzieło o podłożu naukowym nie uciekając się do skomplikowanych haseł naukowych i specjalistycznych odniesień. Do tego dał niesamowity upust swojej fantazji, która oczarowała niejedną osobę (w tym także mnie).

Życzę przyjemnej lektury wszystkim zainteresowanych poznaniem Krainy Płaszczków.

Kinga



Autor: Jerzy Życzyński 
Tytuł:"Pi plus oko" 
Gatunek: literatura popularnonaukowa/literatura matematyczna 
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Liczba stron: 235 

Każde twierdzenie, teoria i wzór miały kiedyś swojego twórcę. Tego anonimowego lub wręcz przeciwnie, niezwykle wsławionego geniusza. Mimo to, czym byłby ten wyraz nieprzeciętnej bystrości bez właściwego przekazania tej wiedzy? 

Do czego zmierzam? Chcę poprostu powiedzieć, że takie książki jak ta są niesamowicie potrzebne w każdej bibliotece. Nigdy nie wiadomo do czyich rąk trafią. Czy to będzie osoba, która spędza lekcje matematyki przysypiając w ostatniej ławce, a może największy prymus w klasie. Możecie uwierzyć mi na słowo, że nieważne, kto to będzie, z tej książki z pewnością wyciągnie coś wartościowego. Bo ta trudna wiedza jest tutaj przekazywana, nie tylko w sposób ciekawy, ale także poparty bardzo przydatnymi ilustracjami. Nie wspominając o tym, że w porównaniu do innych książek dotyczących matematyki spotkamy się tutaj z elementami zarówno fabuły, narracji, jak i nieczęsto występujących dialogów. 

To właśnie dialogi wydają się jednym z największych walorów, jeśli chodzi o odbiór tej książki. No bo czy jest lepszy sposób na zdobywanie wiedzy niż ciągła ciekawość, z którą wiąże się zadawanie pytań? 

Wszystko zaczyna się od spotkania naszego narratora z trójką interesujących chłopców o niezwykłych imionach. Najwyższy z nich, o zadartym nosie i płowej czuprynie, nazywa się Pi. Drugi z chłopców, trochę niższy i bardziej krępy, to Oko, natomiast ostatni, najniższy i czarnowłosy, nazywa się Plus. Wszyscy równie dociekliwi i pełni poświęcenia dla swojej pasji. Snują domysły, dzielą się wiedzą, a przede wszystkim (tak jak wcześniej wspomniałam) zadają pytania. Jedno pytanie rodzi następne, a to jeszcze kolejne. Aby zaspokoić swój głód wiedzy i odnaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania, tworzą swój własny, trzyosobowy klubik "Piplusoko". Chłopcy są nad wyraz dojrzali i inteligentni, więc na pewno zawstydzą niejednego ucznia podstawówki czy gimnazjum. 

Jest to interesująca pozycja, tak naprawdę jedyne czego mi zabrakło, to małe przerywniki, np. w formie krótszych opowiadań, czy opowieści z życia członków klubu "Piplusoko". Ogrom wszystkich tych wzorów, twierdzeń, itp. czasem po prostu jest troszkę zbyt przytłaczający, dlatego niektóre rozdziały musiałam czytać dwukrotnie i robiłam sobie przerwy. Po prostu nie byłam w stanie przeczytać tej książki "na raz", jak to robię zazwyczaj. Poza tym książka jest naprawdę niezła, pouczająca i zarażająca młodzieńczym optymizmem i entuzjazmem. Zdecydowanie godna polecenia wszystkim zapalonym-młodocianym matematykom, jak również osobom, które z czystej ciekawości chcą sprawdzić czy taki rodzaj literatury przypadnie im do gustu. Mam nadzieję, że tak. Życzę miłej lektury, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę. 

Kinga

25 czerwca

"Tajemnica godziny trzynastej" Anna Kańtoch - recenzja

"Tajemnica godziny trzynastej" Anna Kańtoch  - recenzja
Tytuł: "Tajemnica godziny trzynastej" 
Autor: Anna Kańtoch 
Gatunek: fantasy
Liczba stron: 364 
Wydawnictwo: Uroboros 
Cykl: Nina Pankowicz, tom 3


"Tajemnica godziny trzynastej" to już trzecia część zmagań Niny Pankowicz, ale zdaje się, że nie ostatnia. Niezwykle się cieszę, bo sprostała moim wymaganiom. Poprzeczka była postawiona bez wątpienia wysoko przez dwie poprzednie części, więc spodziewałam się czegoś mniej spektakularnego. Wiecie jak to jest, zmęczenie materiału robi swoje. Nie raz czytałam serie książek, których pierwsze części były prawdziwymi hitami, natomiast kontynuacje tylko stekiem bzdur. Ta książka trzyma poziom i wciąż zaskakuje. Tak jak jej poprzedniczki utrzymana jest w klimacie grozy i tajemniczości. To w skrócie piętnaście kilkustronicowych rozdziałów wypełnionych napięciem i oczekiwaniem na ostateczne rozwiązanie akcji. 

Powiedziałam już wiele dobrego na temat tej serii w poprzednich dwóch recenzjach, dlatego nie wiem do czego mogłabym się jeszcze odnieść. Nie chcę też za wiele zdradzać, ponieważ ta książka juz od pierwszych stron zachwyca właśnie tym efektem zaskoczenia. Jeśli chcecie sięgnąć po tę powieść, bez jakiejkolwiek wiedzy dotyczącej fabuły, po prostu pomińcie następne dwa akapity. Resztę tekstu pozbawię bardziej znaczących spoilerów. Obiecuję. 

Jak już pewnie zdążyliście się przekonać, życie nie oszczędza nastolatków, którzy wplątali się w całą tę akcję z aniołami. Ta teoria jak na razie znalazła potwierdzenie w każdej części tej serii, łącznie z tą, którą aktualnie recenzuję. Zaraz przekonacie się dlaczego. 

Książka rozpoczyna się w momencie, kiedy Nina budzi się w dziwnej sali pałacowej, przemarznięta do szpiku kości i przestraszona. Na domiar złego nie pamięta kim jest, ani jak się tu znalazła. Ubrana jest w długą suknię z gorsetem, która krępuje jej ruchy. Coś zdecydowanie jest tu na rzeczy. Może to kwestia chwilowego szoku, a może coś bardziej poważnego... Gdy dziewczyna opuszcza budynek pałacyku, jej oczom ukazuje się obraz miasta skąpanego w śniegu. W dodatku śnieżyca wciąż trwa i chyba nie zamierza ustać. Domy pozbawione są jakichkolwiek mieszkańców. Miasto jest opuszczone... nie licząc pojedynczych śladów męskich butów i wilczych łap, które wskazują na czyjąś obecność. Nina stara się trzymać na uwięzi swój detektywistyczny zmysł (w tej sytuacji ważniejsze jest przetrwanie niż zabawa w detektywa), jednak jest to zdecydowanie silniejsze od niej. Bycie Sherlockiem Holmes'em w ciele 14-letniej dziewczynki jest po prostu jej drugą naturą. Jak na "detektywa" przystało, mimo trudnej sytuacji w jakiej się znalazła, wciąż pozostaje dociekliwa, a każdy element miasta tonącego w śniegu uważa za poszlakę, która pomoże rozwiązać jej tę tajemnicę i jak najszybciej wydostać się z tego miejsca. 

Co do moich odczuć podczas lektury, to nie zmieniły się one na przestrzeni tej serii, wciąż przeżywałam chwilę trwogi, śmiałam się z żartów bohaterów i dobrze bawiłam się podczas czytania. 

W tej części już całkowicie przekonałam się do postaci porucznika Lisa, którego potencjał z każdym kolejnym tomem jest zdecydowanie coraz lepiej wykorzystywany. Bardzo się cieszę, bo obraz osoby wiernej komunistycznym ideom, o tak łagodnym charakterze przeciwstawia się wszelkim zakorzenionym w nas (Polakach) wyobrażeniom i uprzedzeniom. Nie mówię, że porucznik jest na wskroś idealny, ale pod jego chłodnym usposobieniem kryją się bardzo czułe odruchy. Taka serdeczna natura zdecydowanie nie kojarzy się z ludźmi pracującymi dla UB. Ten wysoki, rudowłosy mężczyzna jest pełen sprzeczności. Z jednej strony wydaje się być w stanie zrobić wszystko, aby osiągnąć swoje cele (nawet zabić, czy torturować człowieka), z drugiej jednak jest hojny i pomocny. 
Jego sarkastyczne wypowiedzi są po prostu przezabawne. Imponuje mi też jego inteligencja, zamiłowanie do czytania i niezwykła szybkość w działaniu połączona z umiejętnością zachowania zimnej krwi. 
Bardzo polubiłam tę postać na przestrzeni dwóch ostatnich części, w których się pojawiła. Właśnie dlatego jestem pełna obaw. Zazwyczaj bohaterowie, którzy stają mi się bliscy, kończą w nieciekawy sposób... 

Mam nadzieję, że tak jak ja będziecie cierpliwie czekać na następne części. To by było na tyle. Bądźcie czujni. 

Kinga 

25 czerwca

"Dziewczyny kodują. Przyjaciółki rządzą" Stacia Deutsch - recenzja

"Dziewczyny kodują. Przyjaciółki rządzą" Stacia Deutsch  - recenzja
Tytuł: "Dziewczyny kodują. Przyjaciółki rządzą" 
Autor: Stacia Deutsch 
Gatunek: literatura młodzieżowa 
Liczba stron:155 
Wydawnictwo: Wilga 
Seria: Dziewczyny kodują, tom 2 


Następna część przygód miłośniczek kodowania właśnie trafiła w moje ręce. Znowu powróciłam do świata uczennic, które rozwijają swą miłość do kodowania, przy okazji oczywiście udoskonalając umiejętności. Tym razem czeka na nie ogromnie ekscytujące wyzwanie - hakaton. Cały dzień poświęcony konkursowym zmaganiom dotyczącym programowania wprawia dziewczynki w niesamowicie dobry nastrój, jednocześnie rozbudzając w nich ducha rywalizacji. Szczególnie widać to w przypadku Sophi, która za cel postawiła sobie pokonanie drużyny Sammy'ego. Czy to z osobistych pobudek, czy też z czystej chęci rywalizacji dziewczyny chcą wygrać. Czy uda im się być wystarczająco kreatywnymi, żeby zaskoczyć jury? Jak wpłynie na nie dołączenie do drużyny nowego członka? Na pewno nie będzie łatwo, ale dziewczyny dadzą z siebie wszystko, żeby sprostać wyzwaniu. 

Myślałam, że dokładnie wiem, czego się spodziewać po kontynuacji "Kodu przyjaźni", przecież hakaton został już zapowiedziany w poprzedniej części, więc byłam pewna, że ten właśnie wątek zostanie pociągnięty. Nie myliłam się co do tego. Zaskoczenie przyszło jednak z zupełnie innej strony. Mianowicie w poprzedniej części narratorką była Lucy, teraz to miejsce przypadło Sophi. Nie spodziewałam się takiej zmiany, chociaż gdy się nad tym zastanowiłamm taki zabieg był wręcz konieczny. Większość elementów z życia Lucy już poznaliśmy, poza tym ciężko oprzeć się pokusie wykorzystania potencjału tak ciekawej postaci, jaką jest Sophi. Mimo, że lubiłam Lucy, to taka zmiana zdecydowanie przypadła mi do gustu. Z przyjemnością poznałam liczną rodzinę Sophi, która jak się okazuje, ma latynoskie korzenie. Jej abuela (babcia) jest bardzo troskliwą i zabawną instruktorką tańca, a jej siostry: Rosie, Pearl i Lola są po prostu rozkoszne. Do tego wiecznie zapracowani rodzice i cała rodzina Torresów jest już w komplecie. Rodzina, jak to każda rodzina, przynosi wiele szczęścia, jest też jednak powodem zmartwień, o czym Sophi boleśnie się przekona. 

"Dziewczyny kodują" to książka otwierająca ciekawą drogę przed czytelniczkami. Pokazuje jak ważna jest współpraca i przyjaźń. Poza tym jest to wspaniały przykład przyjemnego przekazywania wiedzy na temat kodowania, a w przypadku tej części także budowania robotów. Do tej mieszanki mogę także dodać wątek pierwszych zauroczeń i już. Przyjemna lekturka jest gotowa. Może brzmi to banalnie, ale książka w swojej prostocie jest bardzo relaksująca, przekazuje ważne wartości i przede wszystkim uczy w sposób ciekawy i nie wymuszony. Nawet w zwykłych SMS-ach dziewczynek znaleźć możemy wiele informacji o kodowaniu. W taki sposób nawet nie wiemy, że uczymy się czegoś nowego. Taka cecha będzie ważna dla każdego rodzica, który kupi/wypożyczy tę książkę dla swojej pociechy. 

Co do aspektów wizualnych, to pozycja ta ma kolorową okładkę, która przedstawia nam wszystkie bohaterki, jednak to wściekle różowa wklejka przykuwa największą uwagę. Czcionka jest na tyle duża, że każdy (nawet osoba zaczynająca przygodę z czytaniem) poradzi sobie z odbiorem tej książki. Nic dodać, nic ująć. Życzę miłego czytania. 

Kinga


22 czerwca

"Poradnik nastolatki" Aleksander Minkowski, dr Lilianna Minkowska - recenzja

"Poradnik nastolatki" Aleksander Minkowski, dr Lilianna Minkowska - recenzja
Tytuł: "Poradnik nastolatki"
Autor: Aleksander Minkowski i dr Lilianna Minkowska
Gatunek: poradnik
Liczba stron: 411
Wydawnictwo: Siedmioróg


Do tej pory przeważnie sięgałam po książki fabularne, w których zawarte są niesamowite przygody bohaterów. Nie sądziłam, że "Poradnik nastolatki" tak mnie zaciekawi.

Jest to książka, którą czyta się szybko i przyjemnie. Sądzę, że powinna znaleźć się w biblioteczce wielu nastolatek. Poradnik dotyka ogromnej liczby tematów i pytań, z którymi już nie jeden raz mogłyśmy się zmagać. Wszystkie tematy są obszernie rozwinięte i mogą dotyczyć najprostszych rzeczy, takich jak nasze ciało, nasze postawy, skutki postanowień czy odpowiednia dieta, ale mogą dotyczyć także trudniejszych spraw, takich jak związek, choroby, a może i kłótnia z najlepszą przyjaciółką. Poradnik ten pozwala nam spojrzeć na wiele spraw z całkowicie innej perspektywy. 

Bardzo podoba mi się motyw "dobrych rad", które znajdują się w każdym rozdziale. Potrafią być naprawdę ciekawe i pomocne. Oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć również o ślicznych ilustracjach, które tak jak "dobre rady" są w każdym rozdziale. Aż mnie napawała ochota na pokolorowanie ich!

Cały tekst jest zrozumiały, a każdy kolejny rozdział ma wspólne elementy z poprzednimi, co powoduje ciągłość i spójność. Książka ta działa tak, że im więcej czytasz, tym więcej chcesz się jeszcze dowiedzieć.

Naprawdę polecam ją wszystkim nastolatkom. Kto wie, jakie problemy uda się za jej pomocą rozwiązać i na jakie pytania znajdzie się w niej odpowiedź?

Pozdrawiam, 
Agnieszka Leśniak


22 czerwca

"Freja" Matthew Laurence - recenzja

"Freja" Matthew Laurence - recenzja
Tytuł: "Freja"
Autor: Matthew Laurence
Gatunek: fantasy
Liczba stron: 335
Wydawnictwo: Jaguar


Zastanawialiście się kiedyś, jakby wyglądałby świat, gdyby bogowie żyli wśród ludzi? Wszystko byłoby całkowicie inne, a może nic by się nie zmieniło? A może sami nie bylibyśmy świadomi tego, jakie pomiędzy bogami odgrywają się spiski i walki tuż przed naszym nosem? Rąbka tej tajemnicy uchyla nam Matthew Laurence w książce jego autorstwa po tytułem "Freja".

Książka opowiada o przygodach tytułowej Frei, nordyckiej bogini miłości i wojny. Teraz przyjęła imię Sara i jako nastolatka żyje wśród ludzi, jak pozostali bogowie, gdyż wśród ludzi mogą łatwiej budować wiarę w nich, co daje bogom moc i siłę, bez której nie mogą istnieć.
Jej spokojne życie, które od wielu lat spędzała w domu dla obłąkanych, zakłóciła pewna osoba o imieniu Garen. Ten zabezpieczony wieloma magicznymi gadżetami mężczyzna koło trzydziestki, proponuje bohaterce niewygodny układ. Mianowicie, przyłączy się do niego i zaczerpnie ogromne ilości niszczycielskiej mocy z niewiadomego źródła, albo Garen dopilnuje, by Freja jak najszybciej zniknęła z tego świata. Freja nie zastanawiając się zbyt długo, nie wybrała żadnej opcji, lecz po ogłuszeniu dziwnego mężczyzny, uciekła. I tak zaczęła się cała akcja...

Książka ta ma niesamowicie wciągającą, dynamiczną fabułę. Akcja rozwija się bardzo szybko. Czyta się ją niezwykle przyjemnie, gdyż tekst jest spójny i logiczny, oraz nie zapominajmy o poczuciu humoru, które jeszcze lepiej wpływa na odbiór czytelnika.

Fabuła dotyka prostych uczuć ludzkich jak miłość, niepokój czy żal. Ukazuje też jak trudno jest się odnaleźć w dzisiejszym świecie. Trudno znaleźć pracę, mieszkanie, a przede wszystkim ludzi, którym można zaufać. Zaobserwujemy też wątek rosnącej przyjaźni i zaufania. 

Polecam tę książkę głównie fanom mitologii (nie tylko nordyckiej). Jednak i osoby, które nie interesują się takimi "klimatami", zdecydowanie zachęcam do przeczytania jej. Sądzę, że każdy znajdzie w tej książce coś co pokocha.


Pozdrawiam, 
Agnieszka Leśniak


22 czerwca

"Nosek i jego taksówka", "Nosek znajduje krzesło" - Sven Nordqvist - recenzja

"Nosek i jego taksówka", "Nosek znajduje krzesło"  - Sven Nordqvist - recenzja
Autor: Sven Nordqvist 
Gatunek: literatura dziecięca
Liczba stron: 32; 32
Wydawnictwo: Media rodzina


Obie części "Noska" opowiadają o przygodach tytułowego bohatera, misia, który na swojej drodze spotyka różnorakie przedmioty i osoby. Jest on bardzo nimi wszystkimi zafascynowany, ciekawy czym lub kim są, do czego służą lub co robią. 

"Nosek znajduje krzesło" to historyjka o tym, jak słodki miś znajduje krzesło i bez wiedzy czym ono jest pyta przechodniów o identyfikacje przedmiotu. Kiedy wreszcie się dowiaduje, na swojej drodze spotyka takie stworzonka, jak Śmigacz czy Filutka, by razem rozprawiać nad działaniem krzesła i wreszcie posiąść tę wiedzę. 

W następnej części, "Nosek i jego taksówka", nasz bohater odnajduje taczkę i używa jej jako taksówki, żeby świetnie się bawić, wożąc swoich przyjaciół. 

Książeczki są bardzo cieniutkie, napisane w łatwy, przyjemny sposób, idealny dla bardzo młodych czytelników albo czytelniczych rodziców, chcących zabawić pociechy lekturą. Dodatkowo, obie książki są pełne uroczych obrazków, ilustrujących po kolei wydarzenia, przytrafiające się Noskowi. 





Myślę, że będą dla dzieci nie tylko interesujące czytelniczo, ale także wizualnie, bo nawet ja sama nie mogłam oprzeć się postaci Noska. Czcionka jest bardzo czytelna, a wydanie schludne i ładne. Uważam, że Nosek zabawi niejeden wieczór, utulając do snu dzieciaki i ich rodziców.

Ola


21 czerwca

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu" Anna Kańtoch - recenzja

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu"  Anna Kańtoch  - recenzja
Tytuł: "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" 
Autor: Anna Kańtoch 
Gatunek literacki: fantasy 
Liczba stron:363 
Wydawnictwo: Uroboros 
Cykl: Nina Pankowicz, tom 2


Gdy Nina powraca do domu z Markotków, wszystko wokół staje się nazbyt spokojne. Żadne niebezpieczne monstrum nie czyha na nią na rogu szkolnego korytarza, a anioły - kosmici nie ukrywają się w piwnicy. Taka rzeczywistość powinna być kojąca dla nastolatki, która w wakacje przeżyła istny koszmar. Dziewczyna podejrzewa jednak, że coś się święci. 

I nie myli się... 

Pewnego dnia w jej szkole pojawiają się funkcjonariusze UB o kryptonimach: Sowa i Lis. Nina przeczuwa najgorsze. ONI ją znaleźli. Gdy dziewczynka zostaje wepchnięta do samochodu i wywieziona do ukrytego w leśnej głuszy miejsca, nie ma już odwrotu. Spotyka tam swoich przyjaciół z Markotków, ale nie cieszy się z tego faktu. To oznacza jedno. Komuniści już wiedzą o magii i fałszywych aniołach. 

O pobliskim lesie krążą liczne legendy. Wszystkie co do jednej pełne grozy i przeświadczenia o niebezpieczeństwie. Nawet opuszczona wioska w środku lasu jest nazywana przeklętą. Ale to nie ona niesie za sobą największe niebezpieczeństwo. 

Mgła... 

To w niej czają się potwory. 

Mgła wypełzła z lasu i kołysała się się teraz łagodnie pół metra od ogrodzenia, jakby niepewna, czy posuwać się dalej, czy nie. Majaczyły w niej znajome czerwonookie sylwetki, poruszające się w nienaturalny sposób. Zupełnie jak w książce: 

"I uźrzała one szkrzydła nocna porą z mogiłki pełznące, ze ślepiami jako krew gorejącymi, paskudne niby psi piekielni i pazurem o pazur szczekające"

W lesie czają się potwory, a w obozie komuniści. Chyba tylko James Bond byłby w stanie uciec z tego miejsca. 

Tajemnica pogania tajemnicę, a wszystko wydaje się jednym, wielkim kłębkiem absurdu. Dlaczego komuniści przetrzymują nastolatków i dzieci w obozie? Z drugiej strony nie robią im żadnej krzywdy, jak na mój gust czasem bywają naprawdę nieostrożni i dają nabrać się na zwykłe kłamstwa, jak małe dzieci. Oprócz ciężkiej pracy więźniowie muszą stawiać się na przesłuchania. Żadnych bestialskich mordów i tortur. A więc po co to wszystko? No właśnie.... to zdecydowanie było najbardziej nurtujące pytanie. Powiem tylko, że jego rozwiązanie było bardziej nieoczywiste niż się spodziewałam. 

Ta książka sprawia, że zostajesz niespodziewanie wciągnięty w zabawę w Sherlocka Holmes'a. Ciężko oprzeć się poczuciu, że bierzesz w niej udział. Poszlaki, tropy i tajemnice nawarstwiają się, a odpowiedzi jak na złość nie chcą się pojawić. Autorka zdecydowanie w każdej sytuacji uwzględnia czynnik ludzki (emocje, jakieś niedopatrzenia), dlatego ta książka tętni życiem i jest bardzo nieprzewidywalna. 

Zdałam sobie sprawę, że w poprzedniej recenzji zapomniałam wspomnieć o ilustracjach. Uważam, że pominięcie tak ważnej kwestii jest prawie niewybaczalne, więc spróbuję się teraz zrehabilitować. 

Oprócz okładki w książce znajduje się pięć ilustracji, które są po prostu upiorne. Ta książka nie jest może przodownikiem thrillerów, ale gdy już przywiążemy się do fabuły i bohaterów, to czujemy lekki niepokój, kiedy grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Szalenie podoba mi się koncept okładek w całej tej serii. Są bardzo ładnie wykonane i takie klimatyczne. Wpasowują się w koncept tej historii, przy okazji nie zdradzając zbyt wiele. 

Książka jest niezwykle przyjemna w odbiorze, ciekawa, poruszająca i obłędnie napisana. Polecam gorąco wszystkim entuzjastom nietuzinkowych opowieści i zachęcam do czytania. 

Kinga


21 czerwca

"Przygody Alicji w Krainie Czarów" Lewis Carroll - recenzja

"Przygody Alicji w Krainie Czarów" Lewis Carroll - recenzja
Tytuł: "Przygody Alicji w Krainie Czarów" 
Autor: Lewis Carroll
Gatunek: literatura dziecięca
Liczba stron: 139
Wydawnictwo: Wilga
Cykl: Klasyki literatury


Po powieść Lewisa Carrolla sięgnęłam z uwagi na przyciągającą uwagę nietuzinkową okładkę, a także na zaskakującą treść i cudne ilustracje wewnątrz książki.

Jak można domyślić się po tytule, "Przygody Alicji w Krainie Czarów" są powieścią fantastyczną. Dodatkowo stanowi ona lekturę szkolną, a nawet zaliczana jest do klasyków.

Główną bohaterką powieści jest Alicja. Wiemy o niej tyle, że jest uczennicą i posiada siostrę. Przez przypadek Alicja zauważa białego królika o różowych oczach, a to spotkanie powoduje serię niesamowitych zdarzeń. Dziewczyna, podążając za Białym Królikiem, odbywa wspaniałą podróż pełną niezapomnianych wrażeń i cudownych postaci. Wśród wielu występujących w książce bohaterów z pewnością nie można pominąć osoby Królowej, skazującej na ścięcie przez błahostki czy też Jaszczurki Bielusia, stale wykorzystywanego przez innych.

Czytając tę powieść, nie mogłam się nadziwić zarówno zdarzeniom, jak i użytemu słownictwu. Mimo mojego wieku, piętnastu lat, muszę przyznać, że niektórych słów nie znałam, a niektóre są mi znane od niedawna. Ta drobnostka może narzucić nam fakt, że ta pozycja jest powieścią idealną do rozszerzenia swojej wiedzy odnośnie gramatyki języka polskiego. Kolejnym plusem jest szybkie wprowadzenie akcji i kuriozalne postaci, które wzbudzają w czytelniku chęć przeczytania książki aż do ostatniego słowa.

W mojej opinii, jest to powieść pouczająca, ciekawa i warto po nią sięgnąć. Gorąco zachęcam do jej przeczytania każdą osobę, czy to młodszą, czy starszą. Sądzę, że surrealistyczna Kraina Czarów oczaruje niejedną osobę.

Miłej lektury!

Agnieszka


21 czerwca

"Spętani przeznaczeniem" Veronica Roth - recenzja

"Spętani przeznaczeniem" Veronica Roth - recenzja
Tytuł: "Spętani przeznaczeniem"
Autor: Veronica Roth
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 515
Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: Carve the Mark, tom 2


"Spętani przeznaczeniem" to lektura opisująca dalsze losy Cyry i Akosa. Naznaczeni przeznaczeniem walczą o dobro i miłość. Pasjonująca opowieść dwojga ludzi, dla których walka o przetrwanie i miłość może być najważniejsza. 
Ojciec Cyry, Lazmet Noavek, powraca. Wszyscy uważali go za zmarłego, a okazało się, że żyje. Ryzek, brat bohaterki, który stał się więźniem statku transportowego oznajmił, że Lazmet wciąż żyje.

Lazmet to prawdziwy i okrutny tyran, który potrafił zmienić wszystko na własną korzyść. Człowiek, który poświęciłby własne dzieci w obliczu okrucieństwa. Stworzył syna na swoją podobiznę. Z łagodnego człowieka stał się kimś, kto jest gotów szukać zemsty. 
Cyra nie chciała powrotu ojca. Obawiała się, że jego wizyta może siać zamęt i spustoszenie planety Thuvhe. Czy uda mu się zawładnąć sąsiednią planetą? Czy zdoła zniszczyć życie wszystkich mieszkanców Thuvhe? Czy miłość ma szansę pokonać przeznaczenie?

Każdemu pisana jest śmierć. Każdy zginie z innej przyczyny. Każdy będzie walczyć o siebie. Jednak ktoś może żyć w dwóch ciałach jednocześnie.
Szare, zielone i brązowe tęczówki pływające w słoikach nie będą mienić się już bladym światłem, lecz zgrozą. Dar nurtu Lazmeta może być silniejszy niż kiedykolwiek. Przejmowanie ciał innych ludzi i władanie nimi, brzmi bardzo antypatycznie, jednak będzie stać wyżej w hierarchii niż śmierć.
Czy miłość będzie w stanie ocalić ludzi przed zniszczeniem? Czy bohaterowie zdołają uciec przeznaczeniu? Przeczytajcie, a dowiecie się sami...

Chciałabym polecić tę książkę każdemu, w szczególności tym, którzy stali się fanami pierwszej części pt. "Naznaczeni śmiercią". Lektura wciąga czytelnika w morze emocji i płaczu. Osobiście bardzo przeżywam fabułę książek i przykro mi, gdy coś może rozdzielić dwójkę moich ulubionych bohaterów. Czytając kolejne słowa, doszukiwałam się najmniejszych szczegółów, które być może zdradzą moje przypuszczenia, co do reszty książki. Mogę przyznać, że lektura nie tylko zaskakuje, ale mówi, jak czasem najmniejsze gesty potrafią być dla człowieka źródłem niewyobrażalnej radości. Mam nadzieję, że kolejni czytelnicy będą równie zafascynowani, jak ja i w pełni usatysfakcjonowani :)

Klaudia


21 czerwca

"Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth - recenzja

"Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth - recenzja
Tytuł: "Naznaczeni śmiercią"
Autor: Veronica Roth
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 536
Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: Carve the Mark, tom 1


Piękna i zarazem bardzo wzruszająca opowieść, zataczająca koła i piętrząca przeszkody w życiu dwójki młodych ludzi - Cyry i Akosa.
Pochodzą oni z dwóch odrębnych planet, które są swoimi wrogami. Miłość jednak może być silniejsza niż nienawiść, może nawet zwalczyć zło.

Akos to chłopiec planety Thuvhe, który zostaje porwany przez wrogich żołnierzy Shotet wraz ze swoim bratem Eijehem, starszym od niego o kilka pór. Zostaje skazany na bycie sługą. Jego brat jest natomiast wykorzystywany jako wyrocznia. Więcej nie mogę zdradzić...
Cyra to dziewczyna, której dotyk wywołuje ból a nawet śmierć. Akos jest natomiast nań "znieczulony". Staje się dla bohaterki wręcz wybawieniem i ucieczkę od nieustępliwego bólu. 

Dwójka młodych ludzi po jakimś czasie zawiera układ. On nauczy dziewczynę przygotowywać miksturę, która uśmierzy jej ból, ona natomiast nauczy bohatera walki. Oboje walczą. Zwycięstwo każdego jednak wyglądałoby inaczej.
Czy wspólna praca połączy dwoje ludzi, którzy skazani są na nieuchronną śmierć? Może uda im się uniknąć przypisanego im losu i odmienią przyszłość? Tyle zagadek, które same proszą się o ich rozwiązanie :P.
Oboje stracili kogoś bliskiego, oboje są narażeni na ból, nie tylko fizyczny, ale także psychiczny. Znaki, dary nurtu i płatki szakwiału - wszystko łączy się w całość. 

Tak wiele łączy dwójkę ludzi, tak dużo ich dzieli. Czy zdołają pokonać barierę, która ciąży nad nimi od wielu pór? Czy dadzą się ponieść przeznaczeniu? A może będą je chcieli odmienić?

Książka jest naprawdę "wciągająca". Każde słowo wręcz prosi się o jego przeczytanie, a fabuła nie szczędzi uśmiechu ani płaczu. Warto przeczytać tę lekturę, warto ją polecić, warto jest poświęcić każdą sekundę na spędzenie z nią czasu. Gorąco zachęcam do przeczytania, może dzięki niej dowiemy się, jakie jest nasze przeznaczenie ;)

Klaudia


Copyright © 2016 Za półką z książkami... , Blogger