07 stycznia

"Mechaniczne pająki" Corina Bomann - recenzja

"Mechaniczne pająki" Corina Bomann - recenzja
Tytuł: "Mechaniczne pająki"
Autor: Corina Bomann
Gatunek: kryminał, science fiction
Liczba stron: 476
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal, Uroboros


Kiedy wyciągnęłam książkę Bomann na ćwiczeniach z litografii, natychmiast rozległy się pełne wzruszeń okrzyki: 

„Jaka śliczna okładka!”
„Ale fajna! Ej, jak oni uzyskali takie złoto?”
„A o czym to? Przeczytałaś już?”

„Głupie pytania, jak nic widać, że steampunk.”
Cóż... Miał być steampunk... I był steampunk!

Mechaniczne pająki.

Bardzo lubię, kiedy w tytułach książek czy filmów pojawia się słowo "mechaniczne". Nic nie mogę poradzić na to, że od chwili obejrzenia „Mechanicznej pomarańczy”, jakoś tak dobrze kojarzy mi się ten wyraz. No i w końcu brzmi tak dostojnie, nowocześnie oraz hipstersko zarazem! Kiedy więc w moje ręce trafiła książka Coriny Bomann, od razu wzięłam się za czytanie. Zwłaszcza, że okładka książki zasugerowała mi jakimi motywami z pewnością przesiąknięta jest powieść. Brązy, złoto, czerwienie, koła zębate i dziwne okulary... Chyba każdy wie, co to oznacza.
Akcja książki toczy się w dziewiętnastym wieku w Anglii, a jej bohaterką jest siedemnastoletnia Violet Adair, córka bardzo wpływowego i szanowanego arystokraty. Dziewczyna marzy o byciu popularną w całej Anglii, a może i Europie konstruktorką. Jej nieodłącznym towarzyszem jest tajemniczy lokaj imieniem Alfred o ponurej przeszłości i wcale nie irracjonalnym strachem przed klaunami. Mówię poważnie, z tymi wymalowanymi komikami nie ma żartów! Ten kto oglądał „Coś”, wie o czym mówię.
W każdym razie nieco się to gryzie z faktem o tym, że Violet, bardzo lubi chadzać na przedstawienia cyrkowe. A dokładniej jednej konkretnej mechanicznej trupy.
Poza tym, jak już wspomniałam, panienka Adair ma dość niecodzienne hobby i, aby je realizować, nocami wymyka się do specjalnego, mieszczącego się w dość szemranej dzielnicy miasta, laboratorium. Tam właśnie pod osłoną nocy pracuje nad wynalazkiem, którego powstanie stanowić będzie epokowe wydarzenie i w przyszłości najpewniej ocali tysiące kobiet od rozmoczonej skóry na dłoniach. Zmywarką, ma się rozumieć.
A teraz poważnie. Kiedy dziewczyna wymykała się z domu, cel jej podróży był owiany taką tajemnicą, że myślałam, iż jest ona w trakcie badań nad stworzeniem głowicy nuklearnej, a nie samoczyszczącego ustrojstwa.
Wracając jednak do fabuły. W dniu „debiutu na salonach” głównej bohaterki dochodzi do przykrego incydentu. Mianowicie ginie jeden z bardzo wpływowych gości i co gorsza miejscem zgonu jest posiadłość Adair. Kiedy okazuje się, że mężczyzna, będący członkiem parlamentu (do którego należy także ojciec Violet), został otruty, dziewczyna postanawia podjąć własne śledztwo w sprawie tajemniczego zgonu. Podczas oględzin zwłok Lorda odkrywa, że w jego przełyku znajdował się maleńki, ale za to bardzo niebezpieczny pająk.

Jeśli chodzi o wrażenie ogólne, momentami wydawało mi się, że wiele wątków i opisów było dodanych przez pisarkę bardzo „na siłę”, jakby kobieta sama nie wiedziała do końca co chce napisać, bądź co gorsza, zdawało jej się, że pisze dla ludzi, którym siły wyższe ograniczyły w jakiś sposób umiejętności pojmowania świata. Może to wina tłumaczenia, albo tego, że jestem już za stara na tego rodzaju literaturę, ale brakowało mi pewnej lekkości i może jeszcze kilku błyskotliwych uwag narratora.
Główna bohaterka, choć sprawia wrażenie sympatycznej, bywa też dość irytująca. Nie mam pojęcia kim inspirowała się Corina Bomann, ale w mojej opinii Violet momentami uosabia chyba najgorszy wzorzec bohatera, jaki dotąd powstał – Mary Sue.
Już wyjaśniam dlaczego.
Violet to kobieta, a właściwie nastolatka żyjąca w Anglii wiktoriańskiej, gdzie generalnie rzecz ujmując, kobiety nie miały w zwyczaju wnosić zbyt wiele do życia publicznego. Bo na ogół nie były specjalnie rozgarnięte czy ambitne. Ich role społeczne ograniczały się do bycia ładnymi ozdobami mężczyzn. Oczywiście zdarzały się wyjątki i niczym dziwnym jest fakt, że Violet chciała stać się jednym z nich. Ale na litość, dziewczyna miała siedemnaście lat, a wedle opisu autorki była już całkiem niezłym mechanikiem, konstruktorem, psychologiem, detektywem i nawet anatomopatologiem. Oczywiście mogę przyjąć, że była ona cudownym, genialnym dzieckiem obdarzonym niemożliwym talentem, bo przecież tacy ludzie istnieją. Tyle że w książce, nie licząc wzmianek o wynalazkach dziewczyny nie ma praktycznie żadnego argumentu popierającego tę tezę.
Dla przykładu, jakiś czas temu zetknęłam się z japońskim komiksem „Death Note”, którego głównym bohaterem był genialny uczeń. A co do tego, że był prawdziwym geniuszem, nie mamy wątpliwości dzięki temu, że poza opisywaniem jego postępowania, autorka przedstawiała tok myślenia chłopaka, który dalece odbiegał od sposobów myślenia typowych nastolatków. Na przykład mojego!
Książka nie jest też dla mnie specjalnie wiarygodna, bo najpewniej sama autorka nie ma większego pojęcia o konstruowaniu... czegokolwiek. Odpowiedzi Violet w stylu: „Żeby naprawić błąd, poświęciłam mnóstwo ołówków oraz papieru” właśnie to mi sugerują.
Aż zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo wydłużyłby się okres powstawania pierwszych samochodów, gdyby twórcy, tak jak główna bohaterka, wszelkie usterki i defekty naprawiali głównie na papierze.
Ale co by nie mówić, książka nie zalicza się do grona złych. I bardzo polecam ją nastoletnim czytelnikom, którzy gotowi są przymknąć oko na nieco naciągane wątki, bo fabuła jest całkiem oryginalna, bohaterowie pełnowymiarowi, klimat niczym niezmącony przez wszystkie czterysta siedemdziesiąt sześć stron. I gdyby dodać kilka wad Violet i może parę dokładnych opisów konstrukcyjnych, dałabym książce mocne cztery plus, a tak jest cztery, ale z minusem.
I w życiu nie wrzuciłabym „Mechanicznych pająków” do jednego wora ze Zmierzchem czy, o zgrozo, Pięćdziesięcioma twarzami Greja.
Grrr... Aż mnie dreszcz przeszedł, na samą myśl.


Thea


07 stycznia

„Małe wielkie odkrycia” Steven Johnson - recenzja

„Małe wielkie odkrycia” Steven Johnson - recenzja
Tytuł: „Małe wielkie odkrycia”
Autor: Steven Johnson
Gatunek: literatura popularnonaukowa
Liczba stron: 286
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Do przeczytania książki skłoniły mnie przypiski wydawcy zamieszczone na okładce. Jej twórca, Steven Johnson, jest autorem dziewięciu bestsellerów o tematyce popularnonaukowej.
Z książki dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy. Kto z nas powiązałby na przykład upadek Konstantynopola z powstaniem w Wenecji cechu wytwórców znanego weneckiego szkła, a wynalazku Gutenberga – druku - ze wzrostem zapotrzebowania na okulary i powstaniem podwalin przemysłu optycznego? Autor w przemyślany sposób grupuje przyczyny powstania wynalazków, ich wykorzystanie i zaskakujące często skutki (niczym efekt motyla). Jedno zdarzenie pociąga lawinę wypadków pozornie niczym ze sobą niezwiązanych. Opisane zdarzenia często zaskakują, a oryginalne skojarzenia autora przedstawiają je w zupełnie innym świetle. Aby uczynić czytanie książki bardziej przejrzystym, Steven Johnson pogrupował najważniejsze według niego wynalazki wokół szkła, zimna, dźwięku, czasu i światła.
Walorami „Małych wielkich odkryć” są:
  • prosty i zrozumiały język (już dla nastolatków),
  • pełen zapału i żywiołowy sposób przedstawiania genezy zjawisk,
  • niebanalne i zaskakujące wykorzystanie zwykłych zjawisk prowadzących do odkryć, służących postępowi.
Na szczególna uwagę zasługuje prosta narracja i dokładny opis każdej przyczyny, która miała wpływ na zmianę naszej rzeczywistości. Serdecznie polecam.


Elka


05 stycznia

Świąteczny Konkurs Fotograficzny - wyniki

Świąteczny Konkurs Fotograficzny - wyniki
Znamy już zwyciężczynie 
Świątecznego Konkursu Fotograficznego!


GRATULUJEMY!!!

04 stycznia

"Król Kruków" Maggie Stiefvater - recenzja

"Król Kruków" Maggie Stiefvater - recenzja
Tytuł: "Król Kruków"
Autor: Maggie Stiefvater
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 486
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal, Uroboros


Po raz pierwszy z twórczością Maggie Stiefvater zetknęłam się cztery lata temu. Jej seria o wilkołakach z Mercy Falls była i wciąż jest dla mnie czymś niezwykłym. "Drżenie" pochłonęło mnie bez reszty - zauroczyło swoją magią, zafascynowało historią oraz zainspirowało do spróbowania czegoś nowego. To głównie dzięki tej sadze zainteresowałam się i tak bardzo pokochałam gatunki fantasy i paranormal romance. "Drżenie" jest ważne dla mnie również z innego powodu. Było jedną z pierwszych książek w mojej domowej biblioteczce. Nie mam tutaj na myśli zbioru składającego się z encyklopedii, lektur czy słowników. Chodzi mi o pozycje, które zakupiłam sama i dla siebie, by zarówno zaspokajały mój nienasycony czytelniczy głód, jak i cieszyły oko. 
Maggie Stiefvater jest autorką w szerokim tego słowa znaczeniu, gdyż nie tylko pisze książki, lecz również maluje i tworzy muzykę. Na jej oficjalnej stronie internetowej można znaleźć trailery napisanych przez nią powieści. Trailery, które wykonała praktycznie sama począwszy od animacji, przez podkład dźwiękowy, aż do aranżacji. Maggie Stiefvater jest autorką, którą bardzo szanuję. Uwielbiam sposób, w jaki kreuje świat, bohaterów, to jak subtelnie rozwija akcję i pozwala nacieszyć się czytelnikowi każdym przeczytanym słowem. Tym "krótkim" wstępem chciałam uświadomić Wam, jak bardzo nieobiektywna może być ta recenzja. Jednak z drugiej strony, ta powieść podbiła już serca milionów czytelników na całym świecie, więc może faktycznie naprawdę jest tak dobra?
"Król Kruków" z pewnością jest pozycją wyjątkową. Pełno w niej tajemnic, nietuzinkowych postaci i wydarzeń, które niejednego zaskoczą. Najwięcej jest w niej jednak magii. Każde słowo, zdanie i kartka są nią przesycone, również każdy bohater czy miejsce. Zależy od niej radość i szczęście, smutek, ból, a nawet życie i śmierć...

"Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci."

W tej powieści chyba nie można wyodrębnić jednego głównego bohatera. Narracja jest podzielona między Blue - córkę medium, która posiada dar wzmacniania umiejętności innych wróżek, a chłopców z elitarnej szkoły Aglionby. Jedną z głównych zasad dziewczyny jest unikanie uczniów w mundurkach z emblematem kruka, którzy są chorobliwie bogaci i z reguły zadufani w sobie, lecz jak to zwykle bywa, los mimo wszystko splata ze sobą ich ścieżki. Łączy ich bowiem wspólna fascynacja magią i starymi legendami. W ten sposób Blue, Gansey, Ronan, Adam i Noah stają się przyjaciółmi, a może i nawet kimś więcej? Razem wyruszają na poszukiwania mistycznej linii mocy, drogi umarłych - jak nazywają ją wróżki, która wskazuje miejsce położenia grobowca legendarnego Owena Glendowera, walijskiego księcia, który według starodawnych podań nie umarł, lecz tak jak król Artur zapadł w głęboki sen. Każdy z bohaterów poszukuje Glendowera z nieco innych powodów. Gansey chce pozostawić coś po sobie światu, Adam ma nadzieję, że walijski książę odmieni jego los, a Blue pragnie po prostu na własne oczy zobaczyć magię, coś o czym do tej pory słyszała tylko z ust matki i ciotek. Z początku ich podróż jest fantastyczną przygodą, jednak z czasem odkryte przez nich sekrety zaczynają przerastać ich samych...
Tak naprawdę, historia opisana w "Królu Kruków" jest o wiele bardziej złożona. Powieść liczy sobie niemal pięćset stron, trudno więc byłoby streścić całą jej fabułę w jednej recenzji. Myślę, że naprawdę warto po nią sięgnąć, aby poznać wszystkie jej tajemnice. Mogłabym godzinami rozpływać się nad stylem i warsztatem pisarskim autorki. Nad tym jak profesjonalnie wykreowała oryginalnych bohaterów, zobrazowała Cabeswater i inne lokacje. Każde wydarzenie, akcja, są przemyślane, widać, że pani Stiefvater doskonale wie, czego oczekuje od całości tekstu i uparcie dąży do obranego sobie celu. Te wszystkie zawarte w powieści sekrety, drobne niuanse, intrygi, zawiłości i emocje sprawiają, że cały czas chce się więcej i więcej. Jak to dobrze, że na mojej półce już czeka kolejny tom, po który mogę bez przeszkód sięgnąć. Szczerze polecam.

Edelline



23 grudnia

"Srebrne cienie" Richelle Mead - recenzja

"Srebrne cienie" Richelle Mead - recenzja
Tytuł: "Srebrne cienie"
Autor: Richelle Mead
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 362
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Cykl: Kroniki krwi, tom 5


"Srebrne cienie" to już piąty tom z cyklu "Kroniki krwi". Podobnie jak w poprzednich częściach, akcja powieści rozgrywa się w świecie stworzonym przez Richelle Mead w "Akademii wampirów".

Po wydarzeniach z poprzedniej części Sydney zostaje porwana przez alchemików i jest poddawana procesowi reedukcji. W wielkim skrócie polega on na tym, że torturuje się psychicznie i w pewnym sensie też fizycznie osobę, która zgrzeszyła, aby ta mogła się odkupić. W ośrodku, w którym znajduje się bohaterka, są bardzo rygorystyczne zasady, nie ma żadnej prywatności, a nieposłusznych skazuje się na przeczyszczenie, czyli coś, czego żaden człowiek raczej nie chciałby doświadczyć.

Tymczasem Adrian i reszta przyjaciół Sydney próbują za wszelką cenę ją odnaleźć. Niestety, jak dotąd z marnym skutkiem. Pewnej nocy Adrianowi udaje się we śnie skontaktować z Sydney, która mówi mu co się z nią dzieje. Jednak dziewczyna nie wie, gdzie konkretnie znajduje się ośrodek reedukcji, w którym przebywa. W tej sytuacji Adrianowi zaczyna pomagać Marcus, który z pomocą swoich szpiegów stara się namierzyć miejsce, w którym przetrzymują bohaterkę. Czy uda im się ją odnaleźć? Czy Sydney da radę uchronić się przed praniem mózgu? Czy uda jej się ocalić siebie i swoich nowych przyjaciół?

Moim zdaniem, jest to jedna z najlepszych części całego cyklu. Niestety, czytałam ją dość długo ze względu na natłok obowiązków. Mimo wszystko czytało mi się ją bardzo przyjemnie, cały czas coś się działo, w niektórych momentach książka naprawdę trzymała w napięciu. Myślę, że poleciłabym ją wszystkim fanom fantastyki oraz literatury młodzieżowej. Zapraszam do czytania :)

Ksenia


08 grudnia

Konkurs fotograficzny czas zacząć!

Konkurs fotograficzny czas zacząć!
Czas na Świąteczny Konkurs Fotograficzny!

Zapraszamy do udziału uczniów 
Gimnazjum nr 1 im. T. Kościuszki w Zawierciu.

ZASADY:

1. Wykonaj zdjęcie obrazujące Twoją wizję idealnego miejsca do lektury wciągającej książki w świątecznym czasie i prześlij je (nie zapomnij się podpisać) na maila biblioteki. 
Na fotografii musi znaleźć się przynajmniej jedna książka i jeden czytelnik.
1 uczestnik wysyła 1 zdjęcie.

2. Termin nadsyłania zdjęć mija 20 grudnia.

3. Ogłoszenie wyników: 22 grudnia.

NAGRODY:

I miejsce - piękna filiżanka z serii Leniwej Niedzieli z wydawnictwa Świat Książki;

 
II miejsce - książka, do wyboru z dostępnego pakietu;

III miejsce - gadżety papiernicze.

ZAPRASZAMY DO PODJĘCIA WYZWANIA!

08 grudnia

"Gra pozorów" Sophie McKenzie - recenzja

"Gra pozorów" Sophie McKenzie - recenzja
Tytuł: "Gra pozorów"

Autor: Sophie McKenzie
Gatunek: literatura młodzieżowa
Liczba stron: 259
Wydawnictwo: Akapit Press



Pamiętacie jeszcze River i Flynna z książek „Zawrót głowy” i „Płomienna namiętność”? Tę spokojną, pilną uczennicę i tego temperamentnego, pełnego gniewu chłopaka? Ja nieomal zdążyłam już zapomnieć, a jednak, kiedy tylko dostałam w swoje ręce „Grę pozorów” - czyli trzecią już część ich historii, natychmiast zaczęłam czytać. Nagle w mojej głowie odnalazły się wszystkie miłe wspomnienia związane z poprzednimi książkami, mój podziw dla autorki, która jakże prawdziwie opisywała losy dwójki młodych ludzi, walczących o prawo do szczęścia i miłości. Tak więc zasiadłam w fotelu z kubkiem kawy i pogrążyłam się w lekturze.

Mimo wcześniejszych niepowodzeń River i Flynn znów są parą. Chłopak wrócił z Irlandii specjalnie dla swojej dziewczyny i za jej namową zapisał się na indywidualną terapię, która ma pomóc mu zapanować nad jego gniewem. Do tej pory wiedzieli o wszystkim jedynie najlepsi przyjaciele dwójki zakochanych – Grace oraz James. Nadszedł jednak czas powiadomić o powrocie Flynna rodziców River, którzy od samego początku byli przeciwni ich znajomości. Nastolatkowie pragną być razem za wszelką cenę i po zawarciu wielu kompromisów, przeprowadzają się do komuny – niewielkiej społeczności, w której wszyscy sobie pomagają, prowadzą ekologiczne życie i utrzymują się z pracy własnych rąk. Jest tam ojciec River, który przeprowadził się do komuny po rozwodzie z matką dziewczyny. Dla dwójki zakochanych jest to niczym spełnienie marzeń. Mieszkają razem, chodzą do jednej szkoły i nie odstępują się na krok. Wszystko co piękne kiedyś się jednak kończy i ich idylla wkrótce zostaje przerwana. Czy River i Flynn poradzą sobie i z tą przeszkodą? Jak wielkie konsekwencje może mieć jeden mały błąd?

„Gra pozorów” jest opowieścią o nastoletniej miłości, budowaniu związku, zaufania, o szacunku i trudnych wyborach. Jednak mimo tych ważnych treści czegoś mi w niej zabrakło. Poprzednie części serii w pewien sposób mnie zauroczyły, czytało się je szybko i przyjemnie, lecz „Gra pozorów” dłużyła mi się niemiłosiernie. Tak naprawdę niewiele się w niej działo, autorka opisywała codzienne życie bohaterów pozbawione jakichkolwiek rewelacji. Dopiero pod koniec uraczyła nas sporą dawką emocji, która niestety jak dla mnie, była zbyt duża. Zakończenie również nie okazało się lepsze i nie zachęciło mnie do sięgnięcia po kolejny tom, choć pewnie mimo wszystko i tak to zrobię. Podsumowując, na tle całej serii „Gra pozorów” wypada raczej słabo, miejmy jednak nadzieję, że kolejna część („Miłość na krawędzi”) będzie lepszym jej następcą.


Edelline


07 grudnia

"Trzy sypialnie, jeden trup" Charlaine Harris - recenzja

"Trzy sypialnie, jeden trup" Charlaine Harris - recenzja
Tytuł: "Trzy sypialnie, jeden trup"
Autor: Charlaine Harris 
Gatunek: kryminał
Liczba stron: 300
Wydawnictwo: Replika


Powieść „Trzy sypialnie, jeden trup” została napisana przez Charlaine Harris. Jest to książka z gatunku kryminałów. Opowiada o przygodach uroczej Aurory Teagarden.
Aurora pracowała kiedyś w bibliotece, w małej miejscowości Lawrenceton w stanie Georgia. Po otrzymaniu spadku porzuca swoją pracę i próbuje sił w obrocie nieruchomościami. Do pracy w nieruchomościach namawia ją jej mama, która od lat prowadzi swoją działalność. Aurora po wielu namowach wreszcie podejmuje wyzwanie.
W końcu jej matka jest czołową agentką nieruchomości w Lawrenceton, i to może jej ułatwić początki nowej kariery.
Jednak jak to bywa…, początki nie zawsze są takie proste. Podczas pierwszej próby sprzedaży domu Aurora, oprowadzając swoich nowych klientów, natyka się w jednej z trzech sypialni… na trupa. Ciało półnagiej kobiety leży na łóżku. Są to zwłoki agentki pracującej w jednej z konkurencyjnych firm – Tonii Lee Greenhouse. Podczas oględzin wszystko wskazuje na seksualny charakter morderstwa. Ułożenie ciała kobiety oraz gadżety, które znajdowały się w sypialni, nie pozostawiają wątpliwości. Podejrzanym od samego początku zostaje jeden z kolegów matki Aurory - Mackie Knight. Aurora postanawia sama dojść do prawdy, kto stoi za brutalnym morderstwem Tonii.
Jednak podczas kolejnej sprzedaży domu Aurora, oprowadzając klientów, napotyka na… drugiego trupa. Oprócz tego zauważa, że w domach, które były wystawiane na sprzedaż, dochodzi do kradzieży. Tym samym Aurora podejrzewa wszystkich pośredników w mieście o te haniebne czyny.
Nie chcąc wtrącać się w policyjne śledztwo, Aurora prowadzi jednocześnie własne. I jak zwykle nie do końca jej to wychodzi. Pogoń za tajemniczym zabójcą agentów nie jest jednak jej jedynym zmartwieniem. Otóż… Aurora próbuje sprzedać kolejny dom, który odziedziczyła po śmierci Jane Engle. Nie chce mieszkać tak blisko byłego chłopaka, jego żony i ich córki.
Jeśli chodzi o życie prywatne Aurory, to od kilku miesięcy spotyka się ona z miejscowym pastorem. Aubrey Scott jest dobrą partią na męża, jednak Aurora nabiera wątpliwości, gdy spotyka Martina Bartella, nowego menadżera Pan-Am Agra, firmy aranżującej wymianę używanych maszyn rolniczych dla producentów z krajów Ameryki Południowej. Czy romans z Martinem spowoduje, że Aurora wycofa się ze śledztwa, które prowadzi, czy zdoła pogodzić te dwie sprawy?
Książka jest napisana prostym językiem. Czyta się ją przyjemnie. Dreszczyk emocji, który pojawia się podczas lektury, trzyma nas w niepewności do końca. Rozwiązanie zagadki, nie jest tak trudne jakby nam się wydawało, jednak… 

Beta


26 listopada

"Punkt zapalny" Myke Cole - recenzja

"Punkt zapalny" Myke Cole - recenzja
Tytuł: "Punkt zapalny"
Autor: Myke Cole
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 440
Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po książce fantastycznej, ale z wojskową fabułą. Nie byłam pewna czy mi się spodoba, bo właściwie nie lubię lektur związanych z żołnierzami czy polityką. Postanowiłam jednak spróbować i nie żałuję poświęconego tej książce czasu.
Myke Cole zaproponował czytelnikowi zupełnie nietypowy świat, współczesny, ale równocześnie pełen magii i niebezpiecznych, nadprzyrodzonych mocy. Głównego bohatera, porucznika Oscara Brittona, i jego otoczenie stworzył na podstawie własnych doświadczeń wyniesionych z wojska i walk w Iraku, w których uczestniczył. Da się odczuć podczas lektury, że temat wojskowo-żołnierski nie był autorowi obcy, lecz zna go z autopsji. 
Świat stworzony przez Cole'a zamieszkują ludzie, którzy zostają "obdarowani" pewnymi nadprzyrodzonymi mocami. Nie byłby to jakiś wielki problem, gdyby nie to, że rząd odgórnie zadecydował, które moce są dobre, a które złe. Z tego powodu każdy, u kogo objawi się jakaś moc, ma obowiązek zgłosić się do władz. Jeśli tego nie zrobi, będzie traktowany jak zbieg. Porucznik Britton należy do grupy, która zajmuje się ściganiem tych zbiegów. Sytuacja więc bardzo się komplikuje, kiedy nagle i on zostaje "obdarowanym". Jaka moc przypadła mu w udziale? Jaką podejmie decyzję, dołączy do zbiegów czy zgłosi się do władz? Przed kim przyjdzie mu uciekać?
Całości dopełniają bardzo wyraziści i dopracowani bohaterowie, a także wartka akcja i naprawdę ciekawy pomysł na fabułę. Nie jest to kolejna książka z gatunku standardowych magicznych historii. Wbrew pozorom książka może zainteresować zarówno chłopców, jak i dziewczęta, młodzież, ale także dorosłych lubiących powieści fantastyczne. Polecam!

Beta


24 listopada

Projekt "Rosie" Graeme Simsion - recenzja

Projekt "Rosie" Graeme Simsion - recenzja
Tytuł: Projekt "Rosie"
Autor: Graeme Simsion
Gatunek: komedia romantyczna
Liczba stron: 319
Wydawnictwo: Media Rodzina
seria: Gorzka Czekolada


Książka Graemesa Simsiona "Projekt ROSIE" to romantyczna komedia z happy endem. Główny bohater to profesor genetyki, Don Tillman, który poszukuje towarzyszki życia. Opracowuje szesnastostronicowy kwestionariusz, który każda kandydatka ma wypełnić, aby mógł określić czy to osoba z nim kompatybilna. Poznaje Rosie, którą przysłał do niego najlepszy przyjaciel Gene i okazuje się, że Rosie z pomocą Dona może dowiedzieć się, kim był jej ojciec, gdyż matka kobiety przed śmiercią wyjawiła jej, że wychowywał ją ojczym, a z jej ojcem spędziła tylko jedną noc po balu maturalnym. Nie wyjawiła jednak jego nazwiska i tak powstał "Projekt Ojciec"... Rozpoczynają się ciekawe przedsięwzięcia głównych bohaterów, pobieranie krwi, wymazy z policzków, kradzieże filiżanek, przywłaszczanie szczoteczek do zębów, podróże międzynarodowe i wiele, wiele innych. W międzyczasie bohaterowie bardzo zbliżają się do siebie i, mimo iż są według Dana zupełnie niekompatybilni, zakochują się w sobie. Czy Don będzie z Rosie? Czy Rosie dowie się, kim jest jej ojciec? 
Jeżeli chcecie poznać odpowiedzi na te i wiele innych pytań, zachęcam do przeczytania książki, która jest według mnie bardzo pozytywną odskocznią od naszego codziennego życia.

Kasia


Copyright © 2016 Za półką z książkami... , Blogger