wtorek, 5 grudnia 2017

"Warkot" Jarosław Rybski - recenzja

Tytuł: "Warkot"
Autor: Jarosław Rybski
Gatunek: powieść , retrokryminał
Liczba stron: 382
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Akcja powieści przenosi czytelnika do Wrocławia. Mamy początek lat 50. To czasy stalinizmu, buduje się system socjalistyczny, indoktrynacja, jedyny słuszny ideologicznie ustrój, propaganda, masówki i na dodatek pamiętać należy, że Wrocław to ziemie odzyskane. Co to znaczy dla bohaterów powieści i czytelnika? Przede wszystkim, parę lat po zakończeniu wojny, w tym mieście, niedawno Breslau, osiedla się przymusowo „repatriantów” zza Buga, to znaczy ludzi, którzy nagle znaleźli się za granicą, bo Rosjanie zabrali nam po konferencji w Jałcie kresy wschodnie. Przyjeżdżają tu ludzie ze wsi szukający zarobku, pracy, domu, stabilizacji. Dostają poniemieckie mieszkania, próbują się zagospodarować i urządzić. Są też zwykli szabrownicy, niebieskie ptaki i właśnie od takiej sceny kradzieży z pewnej tajemniczej willi rozpoczyna się akcja naszej powieści. Franuś i Cyna chcieli, jak mówią, tylko wziąć trochę fantów, aby się odkuć na szwabie, a tu jakieś tajemnicze moce, zjawa, czerwone ślepia i nie pomogło strzelanie to tego czegoś, Franuś został okrutnie napadnięty i coś lub ktoś wyssał mu krew do ostatniej kropelki.

Wkrótce okazało się , że to nie pierwszy przypadek dziwnej śmierci. Coraz częściej milicja znajduje zwłoki zupełnie pozbawione krwi. Ofiary mają na szyi dwa niewielkie skaleczenia, jakby po ugryzieniu. Jeżeli ktoś słyszał o wampirach pijących krew ludzką, to taki wniosek mógłby wysnuć? Ale jak tu uwierzyć w wampiry, zmory, zjawy, pokutującego ducha,  gdy jest się ateistą???

Rozwiązanie zagadki zleca się porucznikowi milicji, jaki się wydaje ostatniemu sprawiedliwemu. Tytułowy Warkot to student Politechniki Wrocławskiej, były żołnierz a teraz stażysta w drukarni. Jan pochodzi z małej mazurskiej wsi i dość twardo stąpa po ziemi. Los zetknął go z majstrem z drukarni, Zdzisławem Kapustą, naszym porucznikiem milicji Stefanem Gromiłem i pokutującą duszą Leonem Słupeckim. Ta dziwna dość ekipa musi, dosłownie musi, rozwiązać tę skomplikowana zagadkę, bo nie tylko im, ale dosłownie nam czytelnikom też może grozić niebezpieczeństwo. 

Jest jeszcze czarny samochód-pobieda , którym poruszają się porywacze ludzi. Każdemu z nas grozi niebezpieczeństwo.

Czy im się uda?? Czy niebezpieczeństwo zostanie oddalone?? Musisz czytelniku sam przeczytać tę naprawdę wciągającą powieść. 

Są tam jeszcze ważne starożytne relikwie, ale też na początku klimat trochę jak z Mistrza i Małgorzaty, trochę historii Wrocławia, odrobina ironii i kpiny z wczesnego PRL-u, jednym słowem nie mogłam doczekać się rozwiązania zagadki, a jednocześnie trochę mi żal, że to już koniec. Jest jednak nadzieja dla miłośników twórczości Jarosława Rybskiego, końcówka książki może być zapowiedzią ciągu dalszego…….

Marta


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz